niedziela, 25 lutego 2018

Urban Decay Naked Heat

     Paleta Naked Heat od Urban Decay nie jest już nowością. Pojawiła się wiele miesięcy temu i na pewien czas zmonopolizowała tematykę rozmów i publikacji blogerów / youtuberów. Trochę to trwało, ale i ja dałam się skusić machinie marketingowej, w efekcie czego kupiłam rzeczoną paletę.





Dostępność:
Sklepy internetowe, sieć Sephora

Cena:
249,00 zł

Pojemność:
12 cieni po 1,3 g każdy

Trwałość:
24 miesiące





Opakowanie:
     Gabarytowo odpowiada pozostałym klasycznym wariantom palet Naked. Jest wykonana z plastiku podobnie jak Naked Smoky, a jej wieczko wygląda niemal trójwymiarowo i bardzo efektownie. Wewnątrz znajdziemy tradycyjnie duże, bardzo dobrej jakości lusterko i dwustronny, całkiem przyzwoity pędzel. Na uwagę zasługuje również zewnętrzny kartonik - bardzo atrakcyjny wizualnie i dopracowany w najmniejszych detalach.





Wykończenie:

OUNCE - połyskująca kość słoniowa 
CHASER - jasny matowy beż 
SAUCED - delikatna matowa terrakota 
LOW BLOW - matowy brąz
LUMBRE - połyskująca miedź ze złoto-perłowym odcieniem 
HE DEVIL - matowa palona czerwień 
DIRTY TALK - metaliczna palona czerwień 
SCORCHED - metaliczna głęboka czerwień ze złotym mikrobrokatem 
CAYENNE - głęboka, matowa terrakota 
EN FUEGO - matowy burgund 
ASHES - głęboki, matowy czerwono-brązowy 
EMBER - głęboki, metaliczny miedziany burgund 




Aplikacja i działanie:
     Od pierwszego użycia byłam bardzo pozytywnie zaskoczona zarówno pigmentacją, jak i formułą cieni. 
     Maty w większości mają niesamowicie przyjemną, gładką konsystencję - wyjątek stanowią kolory En Fuego i Ashes, które okazały się niestety niesamowicie suche i kredowe, co niestety przekłada się na ich aplikację. 
     Najjaśniejszy Ounce daje piękny, subtelny połysk na skórze, Lumbre zaś oferuje delikatny efekt duochrome. Dirty Talk i Scorched są bardzo gładkie i przyjemne w aplikacji jak na cienie metaliczne. Ember również, choć odrobinę się osypuje, a na powiece wypada ciemniej niż na swatchach, stając się bardziej bury niż "burgundowy". 
     Odrobinę rozczarowuje fakt, że He Devil jest niemal identyczny jak Cayenne, podobnie różnica między Dirty Talk i Scorched jest minimalna. 





     Jak wspomniałam, cienie charakteryzują się wysoką pigmentacją, a praca z nimi to w większości przyjemność. Dobrze się ze sobą łączą i rozcierają (nie przecierając się, ani nie gubiąc koloru). Niechlubnymi wyjątkami są En Fuego i Ashes, które niestety nie nanoszą się zbyt równo z uwagi na suchą konsystencję.




Czy polecam:
     Najogólniej mówiąc: "tak, ale..." ;)

     Oczywiście wszystko zależy od tego czy lubicie taką kolorystykę, jak wiele macie w swoich zbiorach podobnych kolorów, jak bardzo zależy Wam na skompletowaniu Naked-Kolekcji (z tym bywa jak z Pokemonami - musisz złapać je wszystkie ;) ). 
     Obiektywnie patrząc, pod względem kolorystyki Naked Heat nie proponuje nam niczego nowego. Z dużym prawdopodobieństwem macie już przynajmniej jedną łudząco podobną paletę, co patrząc przez pryzmat ceny jest dobrym argumentem, dla którego warto rezygnować z zakupu...
     Z mojej perspektywy jest to paleta dobrej jakości, jednak za mało wszechstronna i skomponowana ze zbyt ciemnych jak na moje preferencje kolorów. Przyznaję, złowiono mnie na marketingowy haczyk, a rzeczywistość zweryfikowała moją fascynację, dlatego zdecydowałam się odstąpić paletę znajomej, która zrobi z niej lepszy użytek niż ja.



Ciekawa jestem jak wiele z Was również dało się przekonać do zakupu internetowym zachwytom.
Co sądzicie o Naked Heat z perspektywy użytkownika?

Pozdrawiam,
Kat :*

niedziela, 18 lutego 2018

Uriage Eau Thermale - zestaw dermokosmetyków na bazie wody termalnej

     Z dermokosmetykami mam problem, ponieważ rzadko po nie sięgam... Mogłoby się wydawać, że na tym etapie, mając te 18 lat + vat na karku oraz prowadząc od kilku lat bloga około-kosmetycznego, będę miała dość duże pojęcie na ten temat. 
     W praktyce zazwyczaj wyglądało to tak, że kupowałam sobie konkretny produkt, zużywałam go i nigdy nie odczuwałam potrzeby by do niego wracać, ponieważ nie byłam w stanie zaobserwować na tyle widocznej pozytywnej różnicy w działaniu dermokosmetyku, w porównaniu z jego drogeryjnym odpowiednikiem. Zdarzało się też, że dany kosmetyk kompletnie się u mnie nie sprawdził. 




     M.in. z tego powodu rzadko podejmuję na blogu temat dermokosmetyków. Tym razem prowodyrką wpisu okazała się moja matka chrzestna, która w prezencie gwiazdkowym podarowała mi fantastyczny zestaw kosmetyków marki Uriage. Wybór, którego dokonała był o tyle trafny i idealny dla mnie, że nie zawierał kosmetyków nakierowanych na konkretny typ cery, czy też problemy / potrzeby skórne.




     Nie będzie to tradycyjna recenzja, a raczej krótka prezentacja i omówienie moich spostrzeżeń po niemal dwumiesięcznym używaniu produktów z pudełka, a są to:
1) Woda Termalna
2) Chusteczki do demakijażu
3) Emulsja do mycia twarzy i ciała
4) Pomadka ochronna do ust






WODA TERMALNA

    Kosmetyk z założenia ma łagodzić podrażnienia, a także przywracać odpowiedni poziom nawilżenia naskórka. Zawarty w wodzie mangan dodatkowo ma wykazywać działanie antyrodnikowe, hamując procesy starzenia. W efekcie skóra powinna stać się bardziej miękka, elastyczna, pełna blasku oraz witalności.
     Ciężko mi się odnieść do powyższych obietnic, ponieważ nie sięgam po kosmetyki tego typu każdego dnia. Traktuję je bardziej jako wspomagacze, lub też doraźną pomoc w nagłych wypadkach. Zgadzam się jednak, że przyjemnie orzeźwia, koi podrażnienia i pomaga regulować poziom nawilżenia skóry. Dobrze się sprawdza w połączeniu z innymi zabiegami pielęgnacyjnymi, jak choćby peeling, czy maseczki. Używam jej też w połączeniu z innym produktem z zestawu, którym są...





CHUSTECZKI DO DEMAKIJAŻU

     Z mojej perspektywy to najsłabsze ogniwo zestawu... I trochę mi szkoda, bo po chusteczki do demakijażu sięgam często i regularnie, więc wiązałam z nimi duże nadzieje. Podstawowy zarzut jaki względem nich mam sprowadza się do tego, że są po prostu strasznie suche. Zdecydowanie zbyt suche, by używać ich do demakijażu. Stąd też używam z nimi wody termalnej.
     Generalnie jednak stosuję je w innym celu niż demakijaż. Usuwam swatche, czyszczę wstępnie pędzle, albo opakowania kosmetyków, usuwam pozostałości masek i peelingu z twarzy. Zużyję je z pewnością, jednak nie sądzę bym miała do nich kiedykolwiek wrócić.






EMULSJA DO MYCIA TWARZY I CIAŁA

     Ciekawy produkt, który bardzo polubiłam! Używałam go do ciała, ponieważ mam już sprawdzony i bardzo przeze mnie lubiany "system demakijażowy". 
     Emulsja jest biała i lejąca - wygląda jak nieco gęściejsza wersja mleka. Ma przyjemny, nienachalny ale charakterystyczny kosmetyczny zapach. Bardzo dobrze się pieni. Stosowana jako żel / emulsja pod prysznic fantastycznie oczyszcza ciało, nie pozbawiając skóry jej "płaszczyka ochronnego". Mam na myśli to, że po wyjściu spod prysznica ani razu nie miałam wrażenia, że moja skóra jest ściągnięta, wysuszona, czy też desperacko woła o balsam. 
     Również samo opakowanie jest całkiem praktyczne i estetyczne, także z mojego punktu widzenia - zdecydowanie udany kosmetyk!









POMADKA OCHRONNA DO UST

     Kilka lat temu, po tym jak dostałam okropnego uczulenia od pomadki ochronnej Avene, konsekwentnie omijałam sztyfty innych marek podobnego formatu... Trochę na wyrost, ale wierzcie mi, to było naprawdę nieprzyjemne i bolesne doświadczenie. Z tego powodu miałam duże obawy sięgając po pomadkę Uriage - zwyczajnie nie wiedziałam czego się spodziewać i bałam się powtórki z rozrywki. 
     Ku mojej ogromnej radości, wszelkie obawy okazały się niepotrzebne. Jest to bardzo przyzwoity sztyft ochronny, którego używam po wielokroć każdego dnia (stanowi obecnie podstawę mojej pielęgnacji ust). Nie jest to może nic szczególnie odkrywczego, ot wazelinowa pomadka z dużą zawartością parafiny w składzie, jednak jeśli tak jak ja macie niekończące się problemy ze spierzchniętymi ustami, będziecie w stanie docenić jej kojące właściwości.




     Słowem podsumowania, pomijając nieszczęsne chusteczki do demakijażu, jestem z zestawu Uriage bardzo zadowolona. Moim ulubieńcem okazała się zwłaszcza emulsja do mycia, a zaraz po niej pomadka ochronna. Po wodę sięgam rzadziej, ale przewiduję, że im cieplej będzie za oknem, tym więcej zastosowań dla niej znajdę.

     Jaka jest Wasza opinia na temat dermokosmetyków? Sięgacie po nie częściej niż po ich drogeryjne odpowiedniki? A może kompletnie nie trafiają w Wasze gusta / potrzeby?


Pozdrawiam serdecznie,
Katalina :*


niedziela, 11 lutego 2018

Maybelline The Eraser Eye Instant Anti-Age

Witajcie ponownie!

     Bohater dzisiejszego wpisu ma absurdalnie długą nazwę, której nijak nie umiem powtórzyć z pamięci, za to wszyscy go kojarzą - wystarczy powiedzieć "ten korektor z gąbeczką"... To tak tytułem wstępu ;)

     W swoim czasie był to jeden z kosmetyków, na temat którego powstawało mnóstwo wpisów i filmików i w zasadzie każdy miał pozytywny wydźwięk. Pech chciał, że korektor ten nie był wówczas dostępny w Polsce, więc o jakichkolwiek testach nie było mowy. Kupiłam go na jednym z wyjazdów, długo po tym jak szaleństwo na jego punkcie opadło. Nie ukrywam, że miałam wysokie oczekiwania, biorąc pod uwagę wszystkie pozytywne opinie, z jakimi się zapoznałam.




Dostępność:
Aktualnie jest to produkt ogólnodostępny, zarówno stacjonarnie jak i w sieci.

Cena:
W zależności od miejsca cena waha się od około 25 do 47 zł

Pojemność:
6,8 ml

Trwałość:
6 miesięcy




Opakowanie:
     Jego najbardziej charakterystycznym elementem jest oczywiście gąbkowy aplikator, który w zamyśle pewnie miał ułatwiać nanoszenie i jednocześnie rozcieranie kosmetyku na twarzy. Wiele osób narzekało, że na dłuższą metę takie rozwiązanie jest niehigieniczne i usuwało gąbkę we własnym zakresie. Sama tego nie zrobiłam, choć przyznaję, że czasami brałam to pod uwagę. 
     Aby wydobyć korektor ze środka "ukręcamy" gagatkowi szyjkę, dzięki czemu aktywujemy próżniową pompkę w środku (pewnie jest na to jakieś fikuśniejsze, lub bardziej "akuratne" określenie, jednak dla potrzeb tej recenzji poprzestańmy przy pompce).
     Wracając do gąbki, muszę wspomnieć, że na dłuższą metę zarówno ona, jak i zakrywająca ją skuwka stają się coraz bardziej ufajdane, co niestety nie wygląda najpiękniej na świecie...




Konsystencja:
Lekka i dość nawilżająca. Nie zastyga pod oczami, co niestety ma ujemny wpływ na trwałość korektora i jego tendencje do migrowania w załamania skóry.

Aplikacja i działanie:
     Kwestię aplikacji poruszyłam już wyżej, przy okazji kontrowersyjnej gąbki. Działanie obiecane przez producenta w skrócie sprowadza się do kamuflowania cieni pod oczami i drobnych zmarszczek. 
     W recenzjach, na jakie trafiałam zanim sama wypróbowałam ów korektor, nieodmiennie słyszałam jaki to jest wspaniały i jak cudownie kryje wszystko co się rusza... Nie wiem w jakim stopniu odnosi się to do innych dostępnych odcieni, jednak kolor Light, który miałam był w najlepszym razie średnio kryjący. Mam umiarkowanie widoczne cienie pod oczami, co wynika po części z mojego wieku, po części z chronicznego niewyspania. Korektor Maybelline niestety nie podołał w moim przypadku. Byłam naprawdę rozczarowana efektem biorąc pod uwagę zachwyty na jego temat. 
     Domyślam się, że skoro u osoby takiej jak ja, która nie ma ponadprzeciętnych problemów z podkrążonymi oczyma Eye Eraser się nie sprawdził, dla kogoś poszukującego konkretniejszego kamuflażu okaże się bublem.




Czy polecam:
     To kosmetyk o lekkim, ewentualnie średnim stopniu krycia. Jeśli borykacie się z jakimikolwiek problematycznymi strefami, które chcielibyście skorygować, obawiam się że Eye Eraser sobie z tym nie poradzi. U mnie się nie sprawdził i nie zamierzam do niego wracać.


     W ten oto sposób rozprawiłam się z kolejnym "kultowym" kosmetykiem i raz jeszcze stwierdzam, że "nie wszystko złoto co się świeci i nie każdy chłop z widłami to Posejdon" ;)

Pozdrawiam,
Katalina :*


niedziela, 4 lutego 2018

Od zmierzchu do świtu... Nabla Dusk

     Kosmetyki Nabla są raczej niszowe na polskim rynku. Podejrzewam, że jeśli ktoś nie zagląda do blogosfery prawdopodobnie nigdy nie słyszał o tej firmie, a szkoda, bo ofertę mają całkiem interesującą! Wcześniej wspominałam Wam już o ich palecie cieni "Dreamy", którą miałam okazję się pobawić, natomiast dzisiaj chciałabym dodać kilka słów odnośnie wodoodpornego cienia w kremie w kolorze "Dusk".




Dostępność:
Sklep internetowy Minti

Cena:
49,90 zł




Pojemność:
5 ml / 0,17 fl oz

Trwałość:
6 miesięcy





Opakowanie:
Proste, ale bardzo "atrakcyjne wizualnie", jeśli mogę tak to ująć. Ma postać plastikowego zakręcanego pojemniczka. Bordowa nakrętka wyjątkowo wpasowuje się w moje preferencje. Napisy nie ścierają się z upływem czasu, zaś kartonowe opakowanie zawiera wszystkie niezbędne informacje. Producent pomyślał o wszystkim.

Konsystencja:
Ciekawa, bo niby kremowa ale jednak piankowo-kremowa. Formuła jest lekka i przyjemna.




Aplikacja i działanie:
     Mimo że na opakowaniu jest informacja o tym, że produkt jest długotrwały i wodoodporny, zawsze mam podświadomą obawę, że na powiece będzie się zachowywać w niewłaściwy sposób, toteż początkowe testy były z mojej strony podszyte nieufnością. Niesłusznie! 
     Zupełnie szczerze muszę powiedzieć, że jest to jeden z najlepszych kremowych cieni, jakich miałam okazję używać. Nie tylko bardzo łatwo się nanosi i rozciera, ale również trzyma się powieki przez cały dzień bez żadnych niespodzianek typu rolowanie, przecieranie, czy osadzanie w załamaniach. 
     Używałam go solo, jak również w charakterze kremowej bazy i w obu przypadkach sprawdził się genialnie. Kolor "Dusk" to złoto-różowy duochrome, więc jest idealny gdy chcemy zrobić szybki makijaż, ale sprawiać wrażenie, że starałyśmy się bardziej niż można by przypuszczać ;)

Skład:




Czy polecam:
Tym razem bez żadnych "ale" i z pełnym przekonaniem mogę napisać, że tak!

środa, 10 stycznia 2018

Orgazmatycznie

     Kolejny wpis i kolejny produkt o statusie kultowego... Chyba każda z nas mniej lub bardziej otwarcie zastanawia się nad możliwością sprawdzenia kosmetyku, o którym słyszy raz po raz z każdej możliwej strony. Jednym z takich kosmetyków był dla mnie róż marki Nars o jakże chwytliwej nazwie Orgasm. Nawiasem mówiąc podejrzewam, że wspomniana nazwa miała niemały wpływ na sukces komercyjny tego różu.





Dostępność:
Perfumerie Sephora, drogerie internetowe.

Cena:
Rozpiętość cenowa jest spora, ale uśrednię ją do 150zł. Niemało jak a jeden róż, nieprawdaż?

Pojemność:
0,16 Oz. / 4,8 g

Trwałość:
24 miesiące




Opakowanie:
Określiłabym je mianem minimalistycznego, eleganckiego i funkcjonalnego. Jest wykonane z czarnego, jakby gumowanego plastiku, przy czym nie brudzi się jak inne mu podobne, a wszelkie napisy mimo upływu czasu pozostają nienaruszone. Swoją sztukę mam od wielu, wielu miesięcy i opakowanie wciąż wygląda niemal jak nowe. Zapięcie działa sprawnie, nie zacina się, nie odpina samo, nie łamie paznokci (jak sporo innych ma w zwyczaju). Wewnątrz znajdziemy także funkcjonalne lusterko. 




Formuła:
Jest to oczywiście puder prasowany o dość suchej konsystencji i jeśli mam być szczera, średniej pigmentacji. Jest to klasyczny duochrome w odcieniu rose-gold przetykany złotymi drobinkami. 




Aplikacja i wykończenie:
Aplikacja jest bezproblemowa. Jak wspomniałam, róż nie powala pigmentacją, zatem nawet początkująca osoba sobie z nim poradzi. Warto jednak trzymać rękę na pulsie, bo intensywność łatwo jest zbudować, a tym samym przesadzić z rumieńcami. Perłowe wykończenie z drobinkami może okazać się nieodpowiednie dla osób mających problemy z widocznymi porami skóry, lub fakturą. Odcień prawdopodobnie lepiej zgra się z ciepłymi typami urody. To co mnie osobiście rozczarowało to trwałość różu na twarzy. Po upływie jakichś 4 godzin od nałożenia praktycznie znika... Nie jest to najlepszy wynik, zwłaszcza wziąwszy pod uwagę półkę cenową.

Skład:




Czy polecam:
Zupełnie szczerze jestem zdania, że Narsowy Orgasm jest przereklamowany. To w najlepszym razie orgazmik. Nie powalił mnie ani trwałością, ani wykończeniem, czy formułą. Nie jest zły, jednak zdecydowanie nie plasuje się w czołówce tego, co ma nam obecnie do zaoferowania rynek kosmetyczny (również drogeryjny!). Jeśli podobają się Wam odcienie w tym stylu, zdecydowanie bardziej polecam wypróbowanie Rose Gold marki Sleek. Odcienie nie są co prawda identyczne (Nars jest bardziej różowy, Sleek łapie więcej złotych tonów), jednak pigmentacja, trwałość, formuła i cena przechylają jak dla mnie szalę na korzyść marki Sleek.


Pozdrawiam,
Katalina :*

poniedziałek, 1 stycznia 2018

MakeUp ForeverUltra HD

     Internety kuszą. Nie jestem w stanie policzyć ile to już razy zostałam zachęcona do wypróbowania tego, czy innego kosmetyku po obejrzeniu czyjejś recenzji w sieci. I zasadniczo szeroki dostęp do tego typu opinii jest fajny, jednak należy pamiętać, że czasami jest to po prostu kolejna moda, czy "hype" (jakże popularne w anglojęzycznych internetach słowo!). 
     Aby nie uciekać za bardzo na boki w swoich wywodach (a musicie wiedzieć, że bardzo mnie kusi!), przejdę od razu do sedna: naoglądałam się filmików recenzujących podkład MakeUp ForeverUltra HD i po dość długim czasie zastanawiania się, postanowiłam sama go wypróbować.




Dostępność:
Sieć Sephora, wiele innych drogerii stacjonarnych i internetowych

Cena:
Około 199zł




Pojemność:
30ml

Trwałość:
12 miesięcy

Opakowanie:
Solidne, tworzywowe, z pompką. Wygląda estetycznie i zapewnia wysoki komfort używania. Całość jest dość wysoka, co może przysparzać pewnych kłopotów, jeśli np chcielibyście postawić podkład w szufladzie, jednak to drugorzędna sprawa. Pompka jest funkcjonalna, nie zapycha się. Napisy nie ścierają się z opakowania, nic się nie wylewa. Ogólnie patrząc nie ma się do czego przyczepić.



Konsystencja:
Płynna. Ani zbyt kremowa, ani lejąca się, jednak zdecydowanie skłania się w stronę rzadszych formuł. Dobrze współgra z pompką.




Aplikacja i działanie:
Po tylu pozytywnych opiniach, jakie miałam okazję przeczytać, lub obejrzeć w sieci, spodziewałam się naprawdę bardzo dobrego produktu... Mam jednak wrażenie, że wszystkie one były nakierowane na inny typ cery niż mój własny. Dla niewtajemniczonych, mam mieszaną cerę, ze skłonnością do naprawdę konkretnego przetłuszczania się w strefie T, za to nad wyraz przesuszonej na policzkach. Z moich spostrzeżeń wynika, że po około 3-4 godzinach od aplikacji, moje czoło i broda zaczynały się świecić i wymagały ingerencji bibułek matujących. Podkład stosunkowo dobrze znosił poprawki makijażu, jednak bez nich nie utrzymałby się zbyt długo na takiej cerze jak moja. W porównaniu z podkładami przeznaczonymi dla cer tłustych, czy mieszanych, ten konkretny nie sprawdził się na tyle dobrze, jak sugerowałaby to cena. Nie udało mu się przebić mojego ulubieńca (Revlon ColorStay) pod względem trwałości. Muszę jednak wspomnieć, że prezentuje się wyjątkowo ładnie na twarzy! Wygląda naturalnie, nie daje efektu maski, a przy tym zapewnia naprawdę przyzwoite krycie! Także o ile nie macie problemów z nadmiernie przetłuszczającymi się strefami twarzy, mogę Wam śmiało polecić ów podkład.

Skład:




Czy polecam:
To naprawdę dobry i przyzwoity podkład, pod warunkiem, że nie macie problemów z przetłuszczającą, lub mieszaną cerą. Niestety sama nie mieszczę się w wyżej wymienionej kategorii, jednak widzę, że dla dziewczyn, które mają cerę normalną, lub suchą, ów podkład może okazać się naprawdę dobrą alternatywą! 

Pozdrawiam,
Katalina



niedziela, 17 grudnia 2017

Nabla "Dreamy"

     Po paletę "Dreamy" marki Nabla sięgnęłam spontanicznie, skuszona pięknymi zdjęciami i kolorystyką cieni. Udało mi się capnąć ją tuż po tym, jak pojawiła się w sklepach, w promocyjnej cenie. Moje zdanie na jej temat przypominało sinusoidę i dopiero po wielu testach i rozmaitych kombinacjach doszłam do ostatecznego wniosku, którym chciałabym się dzisiaj z Wami podzielić.




Dostępność:
Mocno ograniczona. Najłatwiej dostać ją za pośrednictwem sklepu internetowego Minti, choć przeważnie jest wyprzedana.

Cena:
159,90zł

Pojemność:
12 cieni o łącznej masie 11g / 0,39oz

Trwałość:
18 miesięcy





Opakowanie:
Tekturowe, z magnetycznym zamknięciem, zapakowane dodatkowo w tekturowy "rękaw". Zawiera bardzo dobrej jakości lustro rozmiaru palety. Wizualnie nie ma się do czego przyczepić, jest estetycznie, ładnie i schludnie. Dominuje czerń urozmaicona metalicznymi gwiazdkami i konstelacjami. Z tyłu palety mamy szczegółowe informacje co do składu cieni, możemy także przeczytać, że jest wegańska i nie testowana na zwierzętach.




Cienie:
* 5 matów:
- Illusion - jasny, ciepły brąz
- Sistina - ciepły, brzoskwiniowo-różany
- Senorita - chłodny, głęboki róż
- Lullaby - chłodny, złamany różem brąz; mauve
- Dogma - czekoladowy brąz
* 6 perłowych metalików z duochromowym zacięciem:
- Immaculate - biało-złoty
- Vanitas - złoto-różowy
- Byzantine - stare złoto z brzoskwiniowym podbiciem
- Metal Cupid - rdzawo-czerwony
- Inception - średni, ciepły fiolet
- Rose Gold - różowo-złoty z rdzawym podbiciem
* 1 metaliczny brokat:
- Delirium - ciemny fiolet z iskierkami




Aplikacja i działanie:
     Wcześniej wspomniałam o tym, że do palety przyciągnęła mnie jej kolorystyka. Kiedy ją w końcu dostałam, moją uwagę w pierwszej kolejności przykuły fiolety i to z ich powodu moją początkową euforię zastąpiło rozczarowanie.
      Delirium, czyli jedyny brokat w palecie i obiektywnie patrząc piękny kolor, jest koszmarny w aplikacji. Zeswatchowany wypada pięknie, podobnie z resztą jak i pozostałe kolory, jednak przy normalnej aplikacji przysparza mnóstwo problemów. Nakłada się nierówno, trzeba go dokładać aby osiągnąć optymalne krycie, ale najgorsze ze wszystkiego jest osypywanie. Osypuje się wprost tragicznie! Jeśli zdecydujecie się użyć go w makijażu przygotujcie się na poprawki, ewentualnie zacznijcie makijaż od oczu, a twarz zostawcie na koniec.
     Drugi z fioletów, Inception, nakłada się już dużo lepiej, równiej i jest bardziej napigmentowany, jednak i tu nie unikniemy osypywania, na szczęście dużo mniejszego niż w przypadku poprzednika. Podobnie zachowuje się najjaśniejszy w zestawieniu Immaculate, jednak tu z racji koloru nie jest to aż tak uciążliwe, czy zauważalne.
     Pozostałe cienie wypadają już o niebo lepiej. Maty są niemal kremowe w dotyku, ciut słabiej wypada jedynie czekoladowa Dogma. Wszystkie są bardzo intensywnie napigmentowane i ładnie współgrają ze sobą na powiekach. Perły / metaliki / duochromy (jak zwał tak zwał) zachowują się jeszcze lepiej - są intensywne, gładko się nakładają, pięknie beldują ze sobą nawzajem.
     To, co mi przeszkadza, to to jak sprawują się w zestawieniu perła + mat. Zauważyłam, że perły wykazują tendencję do "wycierania" się, gdy w ich sąsiedztwie nałożymy odcień matowy. Konieczna jest wówczas ponowna aplikacja cienia. 
     W mojej ocenie cienie zawarte w "Dreamy" wypadają przyzwoicie, chociaż są dość nierówne jakościowo i nieco kłopotliwe w użyciu. Wymagają dodatkowej pracy i czasu, aby zaprezentować się w pełnej krasie.

Czy polecam:
     To zależy od tego, czy jesteście gotowi pójść na pewne ustępstwa. Ogólnie patrząc, paletka zawiera naprawdę pięknie skomponowany zestaw kolorów, jednak jeśli zdecydujecie się po nią sięgnąć, polecam Wam zacząć od makijażu oczu, aby uniknąć późniejszych poprawek.
     Jeśli zamierzacie mieszać tekstury, lepiej zacznijcie od matów, a perły zostawcie na koniec. Poza tymi uwagami Nabla "Dreamy" wypada pozytywnie.


     Ciekawa jestem, czy mieliście okazję używać cieni z Nabli, a jeśli tak, jakie są Wasze odczucia na ich temat?


Pozdrawiam,
Katalina