wtorek, 29 listopada 2011

Makijaż insirowany storczykami

Hej, Misiaki!

     Pomysł stojący za dzisiejszym makijażem był taki, aby stworzyć coś, co będzie nadawało się do noszenia w ciągu dnia, a jednocześnie będzie na tyle pomysłowe by uniknąć nudy. Oczywiście to co dla jednej osoby będzie makijażem dziennym, dla innej może być dopuszczalne wyłącznie na wieczorne wyjście, zatem zrozumiem jeśli niektórym z Was moja propozycja wyda się zbyt ekstrawagancka. 
     Moją inspiracją raz jeszcze były storczyki, które uwielbiam. Mówi się, że królową kwiatów jest róża, mnie jednak o wiele bardziej podobają się właśnie storczyki, orchidee, lilie, czy skromniutkie frezje.
     Zapraszam Was zatem na instruktaż, mam nadzieję, że się Wam spodoba :)





1. Zaczynam od naszkicowania podstawowego kształtu. Prowadzę ukośną kreskę od zewnętrznego kącika w kierunku krańca brwi, zatrzymując się  w połowie drogi. Kreskę rozcieram. Kolejną kreskę rysuję wzdłuż zewnętrznej połowy załamania i ją także rozcieram.



2. Jak widać, zostawiłam nieco pustej przestrzeni między liniami. Zmieniłam również kształt oka poprzez przedłużenie dolnej linii na ruchomą powiekę. Teraz oko zyskało nieco bardziej migdałowy kształt. Wypełniłam pozostałą część ruchomej powieki białą kredką. Na jasnej bazie cienie zyskają na intensywności. Wewnętrzną połowę powieki pokrywam perłowo-różowym cieniem.



3. Jasną brzoskwinią cieniuję zewnętrzną połowę. Malinowym różem utrwalam kredkę roztartą w załamaniu. Rozcieram kolor ku górze dodając nieco matowego beżu.



4. W samym załamaniu powieki dodaję odrobinę cienia w kolorze średniego brązu. Tuż pod samym łukiem brwiowym dodaję odrobinę perłowego beżu jako rozświetlacza. Jasnobrzoskwiniowy cień dodaję również na wewnętrznej połowie dolnej powieki.



5. Resztę roztartej na dolnej powiece kredki utrwalam brązowym cieniem. Linię wodną rozjaśniam cielistą kredką. Tuszuję rzęsy i makijaż jest gotowy.








Użyte produkty:
Twarz:
- MaxFactor Xperience Weightless Foundation #Fair Sugar Cane 55
- korektor Roll-on Garnier Skin Naturals
- korektor w kremie Inglot AMC #64
- Mattifying Compact powder foundation Sephora #D10 Light
- bronzer: puder Inglot freedom system #26
- róż z palety Beauty Angel „Gold”
- rozświetlacz Sleek Face & Body Highlighter #492 Sun Goddess
Oczy:
- Yves Rocher Couleurs Nature Eyebrow Pencil #02 Cendre
- baza pod cienie Sephora
- beżowa kredka Max Factor #090 Natural Glaze
- biała kredka Manhattan 11A
- czarna kredka Wet’n’Wild coloricon #Black
- cienie z palety Coastal Scents 88 Shimmer
- beżowy cień Sephora #08 Universal Beige
- tusz Helena Rubinstein Lash Queen Mascara #Feline Blacks
Usta:
- bezbarwny błyszczyk BonBons

 Pozdrawiam cieplutko! :***

czwartek, 24 listopada 2011

Makijaż w stylu lat 70-tych

Hej, Misiaki!

     Kilka dni temu otrzymałam wiadomość z prośbą o przygotowanie makijażu w stylu lat 70-tych. Szukając inspiracji uświadomiłam sobie, że nie będzie to tak prosta sprawa, jak początkowo sądziłam. Otóż, okazało się, że lata 70-te to ... w 95% włosy i ciuchy. Tak, tak. Odnoszę wrażenie, że makijaż w tamtej dekadzie traktowany był nieco po macoszemu i stanowił dość "niedopieszczoną" bulgoczącą miksturę lat 60-tych z 80-tymi (co oczywiste).
     Na pierwszy plan wysuwały się zdecydowanie bardzo charakterystyczne fryzury a la Farah Fawcett, ciuchy w stylu dzieci kwiatów i psychodeliczne wzornictwo. W makijażu zauważalna jest swojego rodzaju "odwilż", zapewne związana z popularyzacją ruchu hipisowskiego. Niezależnie od motywacji, na reklamach z lat 70-tych promujących kosmetyki widać głównie jasne, pastelowe kolory i lekkość, jakże różną od grubej, ciężkiej, graficznej kreski właściwej dla poprzedniej dekady. Na uwagę zasługuje sposób nakładania cieni, otóż powszechnie stosowaną metodą było nakładanie "chmurki" koloru w zasadzie na całą powiekę, aż po brwi, co zdaniem producentów kosmetyków miało pomagać w kreowaniu odświeżonego i rześkiego spojrzenia. Dolna powieka zazwyczaj malowana była jasnym kolorem.


     Najczęściej i najchętniej stosowanym kolorem cieni był błękit, choć oczywiście nie był monopolistą. Brwi najczęściej wyglądały bardzo naturalnie. Za to rzęsy to kompletnie inna historia - tutaj kobiety szalały do granic przesady, co przeważnie owocowało niesławnymi "pajęczymi nóżkami".


     Usta, niezależnie od koloru na jaki były malowane zawsze były wyraźnie zarysowane, a ich wykrój perfekcyjny. Dopełnieniem makijażu były wyraźnie zaznaczone policzki. 
     Ok, tyle tytułem wstępu. Teraz przejdźmy od teorii do praktyki! Zapraszam Was do obejrzenia makijażu inspirowanego latami 70-tymi. Zdecydowanie nie jest to propozycja dla każdego, ponieważ znajdziecie w niej wszystko to, o czym wspomniałam wyżej, czyli mocno podkreślone policzki, kiczowaty błękit na powiekach i posklejane tuszem rzęsy. Ale czego się nie robi dla subskrybentów ;)




1. Zaczynam od nałożenia na całą ruchomą powiekę jasnobłękitnego sypkiego cienia. Używam do tego płaskiego pędzla by hojnie napakować kolor. Następnie zmieniam pędzelek na większy, puchaty i z jego pomocą nanoszę ten sam kolor ba całą nieruchomą część powieki aż po brew. Ciemniejszym odcieniem niebieskiego podkreślam zewnętrzne V oka oraz całą linię załamania powieki.



2. Przy użyciu odrobiny czerni i precyzyjnego pędzelka przyciemniam samo załamanie powieki. Białą kredką podkreślam wewnętrzny kącik oka oraz całą dolną powiekę, następnie dokładnie rozcieram kreskę.



3. Białym, lekko opalizującym cieniem utrwalam roztartą kredkę. Odrobinę nanoszę także tuż pod brwią. Na znalezionych przeze mnie zdjęciach rzadko pojawiał się eyeliner, dlatego czernią podkreśliłam tylko górną linię wodną. Dolną rozjaśniłam białą kredką. Stałym elementem makijażu w stylu lat 70tych były obficie wytuszowane, wręcz posklejane górne i dolne rzęsy.



4. W odniesieniu do ust - niezależnie od ich koloru - stałym elementem było nadanie im wyraźnego kształtu. Zaczynam zatem od obrysowania ich naturalną konturówką. Wybrałam szminkę w odcieniu neutralnego ciepłego beżu, na którą dla dodatkowego połysku nałożyłam zwykły bezbarwny błyszczyk.





Użyte produkty:
Twarz:
- Korres Watermelon Lightweight Tinted Moisturiser #01 Light Sand
- puder Inglot YSM #Y04
- korektor w kremie Inglot AMC #64
- róż i bronzer z palety Sephora
Oczy:
- Kredka jumbo Rimmel Eye Glistener #100 Girls Only
- niebieski pigment About Face Cosmetics #Fatal Glamour
- Inglot AMC żelowy liner #77
- Manhattan Khol Kajal #11A
- cienie: czerń i biel z palety Sleek #571 Curious
- granatowy cień z palety Sephora
- tusz Multi Lash Black, Make Up Store
Usta:
- konturówka Yves Rocher #06 Nude Rose
- szminka Yves Rocher #51 Beige Vanille
- błyszczyk MaxFactor Vibrat Curve Effect #09 Sophisticated

Zdjęcie 1. www.flickr.com/photos/kahluacream/3259046720
Zdjęcie 2 i 3  www.flickr.com/photos/kahluacream/3259046432/in/photostream
Zdjęcie 4.  http://www.rotatingcorpse.com/wp-content/uploads/2009/06/anjelica3.jpg
Zdjęcie 5. http://www.rotatingcorpse.com/wp-content/uploads/2009/06/anjelica1.jpg

poniedziałek, 21 listopada 2011

Makijaż w kolorze burgunda

Hej, Misiaki!

     Moja mantra ostatnich tygodni brzmi "gdyby mi się chciało tak jak mi się nie chce". Staram się walczyć z tą słabością. Ostatnio pomogła mi Hexxana, która zastrzeliła mnie paczką :). DZIĘKUJĘ! :*** Pomyślałam sobie, że w ramach "terapii" podzielę się z Wami moim ulubionym makijażem jesiennym. Malowałam się tak w tym sezonie już kilka razy, a ponieważ zazwyczaj się podobało... Tak właśnie byłam umalowana na niedawnym spotkaniu trójmiejskich bloggerek. W roli głównej mój ulubiony kolor pigmentu: boski burgund!
Zapraszam!





1. Zaczęłam jak zawsze od nałożenia bazy. Na całą ruchomą powiekę naniosłam pigment w kolorze czerwonej, opalizującej rdzy (Crimson od Spectrum Cosmetics). Czystym pędzelkiem kulką roztarłam granicę cienia. Ma on tę właściwość, że w miarę rozcierania przybiera nieco fioletowy odcień.



2. Beżowym cieniem dopasowanym do karnacji pokryłam całą nieruchomą powiekę. Aby kolor był bardziej trójwymiarowy, na środek powieki nałożyłam pigment dający złotą poświatę.



3. Zewnętrzną połowę dolnej linii rzęs podkreśliłam fioletową kredką, następnie utrwaliłam rdzawym pigmentem.



4. W wewnętrznym kąciku dodałam matowy beż. Dolną linię wodną rozjaśniłam cielistą kredką, zaś wzdłuż górnej linii rzęs narysowałam kreskę żelowym linerem.



5. Na koniec wytuszowałam rzęsy.






Ściskam Was wszystkich i pozdrawiam serdecznie! :***




środa, 16 listopada 2011

Sztuczne rzęsy Kkcenterhk - recenzja

Witajcie ponownie!

     Jak widzicie po tytule, przygotowałam dla Was kolejną recenzję sztucznych rzęs ze sklepu KKcenterHK. Tym razem wybrałam sobie model, który daje jakże pożądany efekt kociego oka - A812 z serii ES.

      Ponieważ pisałam już parokrotnie na temat rzęs tej firmy, mam już wyrobioną opinię na ich temat. Mimo drobnych zgrzytów, które miały miejsce na początku, jestem naprawdę bardzo zadowolona z tych produktów! A rzęsy z dzisiejszej recenzji to model który zdecydowanie podoba mi się najbardziej!

 
      Tak jak już posiadany przeze mnie inny zestaw ES (A500), tak i ten sprzedawany jest w czarnym kartoniku i zawiera dziesięć par rzęs. Kosztuje USD $8. Podobnie jak tamten, nie ma dołączonego w zestawie kleju do rzęs, jednak w moim przypadku to nie problem, ponieważ i tak używam zazwyczaj kleju DUO. 

     W odróżnieniu od poprzedniego zestawu, tutaj nie znajdziemy plastikowej wyprofilowanej podkładki, do której przytwierdzone są rzęsy. W tym przypadku rzęsy przytwierdzone są bezpośrednio do kartonika. Umocowane są na cienkich paseczkach, dłuższych na każdym końcu. Sznureczki te przeciągnięte są przez kartonik na jego drugą stronę, gdzie są umocowane za pomocą kleju. W niczym to nie przeszkadza, bo są to końce przeznaczone do odcięcia przed aplikacją rzęs. Może to być natomiast kłopotliwe w momencie gdy chcemy po zdjęciu rzęs umocować je ponownie w pudełeczku.

         W rezultacie po zdjęciu rzęs i odłożeniu z powrotem do pudełka, będą one leżały luzem, w żaden sposób niezabezpieczone.

     Same rzęsy mają świetnie wyprofilowane włoski, krótsze w wewnętrznym kąciku i stopniowo wydłużające się na zewnątrz. Nałożone dają efekt klasycznego kociego oka. Mogę Wam z czystym sumieniem powiedzieć, że spośród wszystkich modeli, jakie testowałam dzięki firmie KKCenterhk, ten jest moim zdecydowanie ulubionym! Właśnie z uwagi na kształt. Są świetnie wyprofilowane, miękkie, fabrycznie wywinięte, więc doskonale sprawdzą się jako dodatek do zalotnego makijażu. 

     Nakładają się bez problemu, wytrzymują na oczach długie godziny - specjalnie dla potrzeb recenzji nosiłam je niemal cały dzień i mogę potwierdzić, że o ile użyjemy dobrego kleju, nic nie powinno się z nimi dziać. Zachowują swój kształt, nie odklejają się, co więcej przy odpowiednim używaniu nadają się do wielokrotnego użytku.

     A tak prezentują się na oczach:


      
     Dla osób zainteresowanych dokonaniem zamówienia dodam, że w sklepie można płacić korzystając z usługi PayPal. Dodatkowo wpisując przy zamówieniu kod: BLGB93KA10 dostaniecie 10% zniżki na Wasze zamówienie. Kod jest ważny do 28 lutego 2012.

Pozdrawiam serdecznie! :*

sobota, 12 listopada 2011

O włos od ideału...

Hej, Misiaki!

     Odkąd bloguję, a robię to łącznie ze trzy lata (w tym czasie przenosiłam się dwukrotnie), pisałam przede wszystkim o makijażu. Co jakiś czas wtrącam kilka słów na temat kosmetyków, filmów i innych rzeczy, które w danym momencie przyciągnęły moją uwagę. Nigdy jednak nie pisałam o pielęgnacji włosów. Oczywiście miałam ku temu istotny powód, mianowicie moje włosy przez bardzo długi czas były moją piętą achillesową.
     Kiedyś było zupełnie inaczej. Jako dziecko miałam piękne włosy: zdrowe, lśniące, długie aż do bioder. Potem to się zmieniło. Nie będę wchodziła w szczegóły, nie mniej mam na swoim koncie między innymi dwie trwałe i ponad 13 lat ciągłego farbowania włosów. Był taki czas, że zmieniałam ich kolor co dwa tygodnie. Do tego dodajcie równoległą intensywną i bynajmniej nie delikatną stylizację. Możecie sobie wyobrazić, że stan moich włosów mocno odbiegał od pożądanego...
     Rozdwojone, przesuszone końce, smętnie przyklapnięte pasma, szorstkie w dotyku. Tak było przez bardzo, bardzo długi czas. A potem zobaczyłam Ninę Dobrev w Pamiętnikach Wampirów. Gdyby dano mi możliwość zamienienia się na czuprynę z dowolną osobą na świecie, byłaby to właśnie Nina.

Tapeta pochodzi ze strony wallpapersfolder.com

      I jak w przypadku większości spraw, mimo że postanowienie zazwyczaj dojrzewa w nas powoli, jedna kropelka przepełnia kielich i prowadzi do podjęcia konkretnej decyzji. W moim przypadku tą kropelką była Nina Dobrev i jej absolutnie przepiękne włosy!


     Zaczęło się od intensywnego zapuszczania. Trwało to ładnych kilka miesięcy, jednak nie zmieniłam znacząco nawyków pielęgnacyjnych. Potem przypadkiem dowiedziałam się o olejach do włosów. Nigdy wcześniej nawet przez myśl by mi nie przeszło, że będę używała czegoś innego niż produkty drogeryjne (których i tak nie zawsze chciało mi się stosować). A jednak kupiłam sobie olej kokosowy, a krótko potem olej Khadi. Stosuję je 2-3 razy w tygodniu: olej Khadi wcieram w skórę głowy, robiąc przy okazji masaż, zaś olej kokosowy nakładam na łodygi włosów. Wiele dziewczyn, które także stosują oleje mówią że zostawiają je na włosach całą noc, po czym myją głowę rano. Ja nie mogę sobie na to pozwolić, zatem trzymam oleje na głowie w zależności od dnia 2-4 godziny.
     Olej kokosowy ma działanie odbudowujące, nawilża i chroni włókna włosa. Stosowany regularnie ma jakoby przyśpieszyć porost włosów i zahamować ich wypadanie. Swój kupuję w sklepie Organique. Pierwsze dwa pudełeczka nabyłam w regularnie dostępnej pojemności 15ml, a później dogadałam się z kierownikiem sklepu i zamówiłam sobie dwa litrowe wiaderka. Jedno z nich już prawie zużyłam, drugie czeka na swoją kolej :). 


     Olej Khadi nabyłam TU. Również on ma za zadanie przyspieszać porost włosów i zapobiegać ich utracie, poza tym nadaje włosom blask, wzmacnia, ochrania przed infekcjami skóry, usuwa łupież oraz zapobiega przedwczesnemu siwieniu.Wykonany jest na bazie oleju sezamowego, kokosowego i rycynowego. 


Skład: Sesamum Indicum Oil(Sesamol), Cocos Nucifera Oil(Kokosnubol), Ricinus Communis Oil(Castrol), Eclipta Alba (Bringaraj), Bacopa Monnieri (Brahmi),  Rosmarinus Officinalis Oil(Rosmarin), Citrullus Colycynthis (Koloquinthe),  Sida Cordifolia (Bala),  Butea Monosperma (Palasa), Gunja Abrus Precatorius (Gunja),  Trigonella Foenum Graecum (Bockshornklee), Daucus Carota Oil (Karottenol), Cinnamomum Camphora (Kampfer), Vinca Rosea (Immergrun), Lanalool, Limonene 

     Moje wrażenia po kilku miesiącach stosowania olejów są bardzo pozytywne. Nie zahamowały one, co prawda, wypadania włosów ale na to niestety nie mam wpływu - włosy sypią mi się od lat i jedyne co mogę w tej sprawie zrobić, to usilnie je pielęgnować. Nie mam łupieżu, ani siwych włosów zatem nie mogę zweryfikować tej części działania, natomiast cała reszta zgadza się co do joty! Nie przypominam sobie, żeby moje włosy kiedykolwiek wcześniej były równie miękkie i gładkie. Stały się sprężyste i jedwabiste w dotyku. Doszło do tego że siedząc przed komputerem "miziam" się po włosach ;).

     Kolejny etap pielęgnacji włączyłam jakieś trzy miesiące temu i były to drożdże piwowarskie Lewitan. Najlepsze efekty przynosi picie tradycyjnych drożdży, jednak mnie na samą myśl o tym robi się słabo, zatem postawiłam na suplementy diety w tabletkach - w pełni naturalne.


     Stosowałam obie wersje ze zdjęcia (jest jeszcze kilka innych wariantów) i jedyne co je różni to mięta, reszta składu jest identyczna. Zażywam po dwie tabletki, trzy razy dziennie.
Skład: Drożdże gatunku Saccharomyces cerevisiae, substancję wiążącą (dwutlenek krzemu) substancję przeciwzbrylającą (stearynian magnezu) Tiamina (witamina B1) (mg) 0,32 mg Ryboflawina (witamina B2) (mg) 0,17 mg Niacyna (mg) 2,02 mg Biotyna (ug) 59,58 ug Fosfor (mg) 78,00 mg Potas (mg) 114,60 mg.

     Oprócz wyżej wymienionych produktów, używam także serum jedwabnego. Aktualnie jest to kosmetyk marki Loton, jednak mój ulubiony jedwab pochodzi z firmy Joanna. Mam też odżywkę i maskę do włosów z Elseve Re-Nutrition, seria z mleczkiem pszczelim (moi ulubieńcy).


     Ostatnią rzeczą, jaką zrobiłam i jak sądzę jedną z ważniejszych było drastyczne ograniczenie stylizacji włosów - od 7 miesięcy najczęściej po prostu wiązałam je w koński ogon. Od 3 miesięcy nie farbuję ich, co jak dla mnie jest prawdziwym przełomem. Ostatnio uznałam też, że pora pozbyć się wszystkich zniszczonych końcówek i wyrównać moja mocno wycieniowaną czuprynę. W efekcie wyglądam tak: 


     Teraz pozostaje mi utrzymać raz obrany kurs i dalej dbać o włosy, ograniczając do minimum wszystkie niepożądane czynniki. Jest lepiej niż było, ale wciąż jestem na początku drogi, więc muszę wykazać konsekwencję w działaniu. Trzymajcie kciuki!

     A Wy macie swoje sprawdzone sposoby na pielęgnację? Ulubione kosmetyki? Tricki? Pozdrawiam serdecznie i do zobaczenia wkrótce!

niedziela, 6 listopada 2011

Dobre bo polskie! - Stara Mydlarnia

Hej, Misiaki!

     Dzisiejsza notka chodziła mi po głowie od dość dawna. Chciałam jednak, jak to się mówi, poużywać sobie trochę, by móc naskrobać coś z czystym sumieniem. Teraz, po ponad miesiącu stosowania obu produktów, myślę, że jestem w stanie wiarygodnie je zrecenzować.
     Na wstępie muszę podkreślić, że nie należę do osób, które śledzą i skrupulatnie wynotowują skład produktów. Być może powinnam, być może rzeczywiście jest to tak istotna kwestia przemawiająca za lub przeciw jakiemuś kosmetykowi, nie mniej zupełnie szczerze - "Frankly, my dear, I don't give a damn", że tak powiem ;) Nie spędza mi to snu z powiek. Jeśli jakiś produkt jest naturalny - świetnie! Jeśli nie jest - też dobrze, o ile nie robi mi na twarzy/włosach/ciele etc. niepożądanych niespodzianek.
     Tak się jednak składa, że Stara Mydlarnia dba o to, by kosmetyki jakie produkuje były przyjazne dla środowiska i zwierzątek. Poza tym, zdobyła tytuł Firmy Roku 2010 w kategorii polski produkt, myślę więc, że warto przyjrzeć się jej bliżej.


PEELING CUKROWY CHOCOLATE / SERIA DARY NATURY

Produkt ten zdobył eko-laur konsumenta 2009.
Pojemność: 500ml
Nie testowany na zwierzętach.
Cena: około 32zł
Trwałość: 12 miesięcy
Dostępność: Drogerie Natura, internet

      Producent obiecuje nam, że peeling ten doskonale wygładza i ujędrnia ciało. Kryształki cukru mają delikatnie usuwać martwy naskórek, pobudzając mikrokrążenie i rozjaśniając skórę. Zapobiega wysuszeniu skóry i ułatwia wchłanianie substancji odżywczych. Jego słodki aromat wprawia w dobry nastrój. Skuteczny w walce z cellulitem.

Opakowanie:
     Mnie osobiście opakowanie bardzo się podoba. Jest wykonane z wytrzymałego, przejrzystego plastiku. Wieczko jest szalenie poręczne - umożliwia wygodne i dokładne zakręcenie i odkręcenie pudełka. Ponadto, pod zakręcanym wieczkiem znajduje się dodatkowa nakładka z lekko wyprofilowanym uchwytem, która stanowi dodatkową barierę między kosmetykiem a światem zewnętrznym. Moim zdaniem - strzał w dziesiątkę!

Konsystencja i zapach:
      To typowy peeling cukrowy w formie delikatnie lepkiej pasty ze średniej wielkości kryształkami cukru. Pachnie fe-no-me-nal-nie! Sama czekolada! Zdecydowanie zgadzam się z producentem co do wpływu produktu na dobry nastrój!


 Aplikacja i działanie:
     Mimo że drobiny peelingujące są dość spore, nie podrażniają ciała. Ja stosuję go w ten sposób, że nabieram odrobinę na dłoń i masuję wybrany fragment ciała kolistymi ruchami. Drobinki cukru pomagają w mechaniczny sposób usunąć martwy naskórek, wygładzić skórę, przy czym rozpuszczają się w trakcie aplikacji, pozostawiając na skórze delikatną, nawilżającą warstewkę o cudownym zapachu. W rezultacie, zgodnie z tym, co obiecuje producent pobudzamy także mikrokrążenie. A ponieważ usuwamy martwy naskórek, zyskujemy gładką, odświeżoną, jakby jaśniejszą skórę, która znacznie "chętniej" będzie wchłaniać wszelkie dobroczynne składniki czy to z peelingu, czy też nakładanych później kremów.
     Co do zwalczania cellulitu, powiem szczerze, że cudów nie ma. Ale i nie należy naiwnie sądzić, że samym tylko kremem, peelingiem, czy czymkolwiek innym pozbędziemy się pomarańczowej skórki! Tutaj bez regularnej dawki ruchu daleko nie zajdziemy :)

Skład:
sucrose, glycereth-2 cocoate, silica, parfum, persea gratissima, lecithin, ascorbyl palmitate, tocopherol (wit. E), benzyl benzoate, coumarin, limonene, citronellol, CI 16035 / 19140 / 42090

Reasumując:
     Bez dwóch zdań, jestem tym produktem zachwycona! Jego stosowanie sprawia mi naprawdę niekłamaną przyjemność. To jak dotąd najlepszy peeling do ciała, jakiego używałam.


SHEA BUTTER & COCOA BUTTER Masło kakaowca & karite

Produkt przyjazny dla środowiska.
Pojemność: 500ml
Nie testowany na zwierzętach.
Cena: około 39zł
Trwałość: 6 miesięcy
Dostępność: Drogerie Natura, internet 
     Krem do ciała na bazie masła shea i masła kakaowego, pobudzającego ekstraktu z guarany, arniki i czerwonego pieprzu to prawdziwy zastrzyk energii i dawka młodości dla Twojej skóry. Jego niezwykle bogata receptura gwarantuje doskonałe nawilżenie, ujędrnienie i regenerację skóry, dostarczając cennych substancji odżywczych i zapobiegając nadmiernej utracie wody. Masło shea, pozyskiwane z owoców afrykańskiego masłosza, jest naturalnym filtrem UV, chroni skórę przed niekorzystnym działaniem czynników atmosferycznych. Masło kakaowe przywraca jej aksamitną gładkość, łagodzi podrażnienia, zapobiegając starzeniu się skóry. To obiecuje nam producent.


Opakowanie:
     Całkiem przyjemne, choć tutaj plastik jest bardziej miękki niż w przypadku opakowania od peelingu. Ciekawym detalem jest zakręcane wieko, które przywodzi na myśl powiększony kapsel od dawnych szklanych butelek na mleko. Jak w przypadku peelingu, tak i tutaj możemy bez trudu dokładnie zakręcić i odkręcić opakowanie. Jest ono bardzo estetycznie wykonane, zawiera dokładny opis produktu i jego skład.

Konsystencja i zapach:
      Konsystencja jest dość gęsta, zbita, jedwabisto-maślana i bardzo treściwa. Otrzymujemy dokładnie to, za co płacimy, czyli gęste masło do ciała. Zapach to odrębna historia. Miałam tutaj drobny "zgrzyt", mianowicie po otwarciu opakowania czujemy znajome nuty zapachowe masła kakaowego, jednak w trakcie aplikacji kosmetyku na ciało, zapach zmienia się na coraz bardziej spożywczy i... maślany właśnie. Dla mnie to minus, ponieważ nie specjalnie przemawia do mnie skojarzenie z nacieraniem się masłem spożywczym. Ja lubię, kiedy moje kosmetyki upajają zapachem. Wiem jednak, że dla wielu osób zapach bardziej, nazwijmy to, perfumeryjny jest wysoce niepożądany, tak więc w tym przypadku to rzecz gustu.

Aplikacja i działanie:
     Ciężko mi powiedzieć cokolwiek na temat właściwości odmładzających tego masła, ponieważ moja skóra jest gładka i w dobrej kondycji. Warto jednak podkreślić, że jest to produkt niesamowicie wprost nawilżający! Wcieram go w skórę przed snem, a nazajutrz moje ciało jest wciąż wyczuwalnie nawilżone i miękkie. Polecam go zatem zwłaszcza osobom o suchej skórze, potrzebujących ekstremalnego odżywienia. Z tych samych przyczyn odradzam stosowanie tego masła w okresie letnim ;) Będzie zdecydowanie zbyt ciężkie na upały. "Zgrzyt" numer dwa - trzeba się nieco napracować by wetrzeć je dokładnie w skórę a i wchłania się dość długo... "Zgrzyt" numer trzy dotyczy koloru masła, w opakowaniu jest ono jasnobrązowe, jakby kawowe, jednak w trakcie rozsmarowywania na ciele staje się białe. Jednak, oczywiście, nie każdemu musi to przeszkadzać.

Skład:



Reasumując:
     Kosmetyk ten jest bardzo wydajny! Wystarczy niewielka jego ilość by dokładnie nawilżyć i odżywić skórę. Jest też bardzo treściwy, przez co raczej nie sprawdzi się w wysokich temperaturach. W widoczny sposób poprawia elastyczność i miękkość skóry. Ciężko się wchłania, może pozostawiać na ciele białe smugi jeśli nie zostanie dokładnie roztarte. Nie podoba mi się jego spożywczy zapach, jednak jak wspominałam, to rzecz gustu.


Dajcie znać czy miałyście do czynienia z jakimiś kosmetykami marki Stara Mydlarnia. Co o nich sądzicie?
Pozdrawiam serdecznie!