niedziela, 24 lutego 2013

Burżujka

     W dzisiejszym wpisie chciałabym skupić się na dwóch podkładach z serii Healthy Mix.


      Jak widzicie, przetestowałam wszystkie, lub prawie wszystkie kosmetyki serii Healthy Mix. O pudrze pisałam już TUTAJ. Korektor stosuję z powodzeniem od kilku miesięcy i jestem z niego bardzo zadowolona. Moja przygoda z podkładami rozpoczęła się tuż przed latem zeszłego roku, kiedy to szukając czegoś lekkiego, odpowiedniego na wysoką temperaturę natrafiłam na klasyczny Healthy Mix.



     Oba podkłady kupiłam w najjaśniejszym dostępnym odcieniu, czyli 51 Light Vanilla, który jest dla mnie idealny. Doskonale stapia się z moją karnacją. W tym miejscu raz jeszcze zastanawiam się dlaczego firma nie wypuściła również pudru o tym numerze... ech...

     Jako pierwszy w ręce wpadł mi oryginalny Healthy Mix. Pamiętam, że wahałam się między nim i moim ukochanym i sprawdzonym podkładem Revlon ColorStay, jednak ostatecznie zdecydowałam się na Burżuja. Wiadomo - lato, żar się z nieba leje, a ColorStay to dość ciężki i kryjący specyfik, który na wysokie temperatury raczej się nie nadaje. Powiem Wam tylko tyle: swojej decyzji nie żałowałam ani przez chwilę.

     Healthy Mix urzekł mnie:
♥ ultra lekką formułą
♥ bardzo przyjemnym owocowym zapachem
♥ zadziwiającym jak na tak lekki podkład kryciem
♥ bardzo przyzwoitą trwałością
♥ naturalnym wykończeniem
♥ genialnym moim zdaniem pompko-tłokiem - ultra ekonomiczne i higieniczne rozwiązanie!

     W taki oto sposób znalazłam swój idealny podkład na ciepłe miesiące roku. Ok, latem zaleca się by nie katować twarzy chemią, ale czasami po prostu nie ma bata i trzeba ;) Zwłaszcza gdy skóra kaprysi, a przykładowo nie chcemy ukrywać niedoskonałości opalenizną (been there, done that).
     Podkład ten jest lekuchny, bardzo ładnie kryje to co ma ukryć, jest stosunkowo tani, łatwo dostępny, nie rozwarstwia się na skórze. Oczywiście nie ma co marzyć o obiecanej na opakowaniu 16h trwałości, jednak generalnie wytrzymuje większość dnia w całkiem przyzwoitym stanie. 
     Polubiliśmy się. Będę do niego wracać :)


     Zachęcona pozytywnymi wrażeniami z używania klasycznej wersji podkładu, sięgnęłam po Healthy Mix Serum, czyli żelową wersję podkładu wypuszczoną na rynek jakiś czas później. Tutaj niestety nie było już tak różowo.
     Serum w odróżnieniu od swojego poprzednika ma bardziej treściwą konsystencję, z którą moja skóra się nie lubi. Jest to o tyle ciekawe, że Revlon ColorStay też jest gęsty i treściwy, a przy tym rewelacyjnie współpracuje z moją skórą. HM Serum jest widoczny na twarzy, a efekt ten pogłębia się w miarę upływu czasu. Po 4-5 godzinach wygląda już bardzo nieciekawie - ściera się miejscami, osadza w różnych miejscach twarzy, rozwarstwia się i bynajmniej nie dodaje uroku. Powiem wprost, ze nie lubię się z nim ani trochę i męczę się nosząc go na twarzy. Być może jest to spowodowane tym, że mam cerę mieszaną. Całkiem możliwe że na suchej skórze HM Serum sprawdziłoby się idealnie - nie wiem. Wiem tylko, że zużyłam niespełna połowę buteleczki i reszty pozbędę się zaraz po napisaniu tego wpisu. Nie lubię go, bo nie mogę na nim polegać.

     Healthy Mix Serum w moich oczach:
♥ praktyczny i higieniczny w dozowaniu z uwagi na pompkę
♥ pachnie ładnie i owocowo
♥ stosunkowo tani
♥ łatwo dostępny
✘ nietrwały
✘ waży się i rozwarstwia
✘ nierównomiernie ściera się z twarzy
✘ wyczuwalnie cięższy od klasycznego HM


     Używałyście któregoś z wyżej wymienionych pokładów? Jakie macie z nimi doświadczenia?

Pozdrawiam,
Katalina :*

piątek, 22 lutego 2013

GRASHKA eyeliner

     Bohatera dzisiejszego wpisu dostałam. Niestety nie sprawdził się u mnie i zaraz dowiecie się z jakiego powodu.





Co mówi producent?
     GRASHKA Eyeliner zamienia trudną aplikację czarnej kreski na prostą, łatwą i wygodną. Wyjątkowo ułatwia aplikację czarnej kreski. Delikatna końcówka z syntetycznego włókna gwarantuje uzyskanie perfekcyjnej kreski a wygodne, poręczne opakowanie zmieści się w każdej torebce.
     Dermatologicznie przetestowana formuła jest  długotrwała i odporna na rozmazywanie. Jej ilość umożliwia wykonanie aż do 150 aplikacji. Wygodny i tani eyeliner do codziennego makijażu.
     Należy pamiętać o zamknięciu produktu po użyciu oraz przechowywaniu w pozycji horyzontalnej.


Dostępność: 
Za pośrednictwem stron igruszka.pl lub grashka.pl

Cena: 
12,90zł

Pojemność: 
Stosunkowo niewielka, bo tylko 0,8ml

Trwałość:
6 miesięcy od otwarcia.

Opakowanie:
Typowy, czarny "flamaster" do oczu.

Konsystencja:
Kosmetyk ma formę tuszu do kresek, klasyczną dla eyelinerów w pisaku.

Zapach:
Niewyczuwalny.





Moja opinia:
Zacznę od tego, że moje oczy są kłopotliwe. Zdarza się, że łzawią. W dodatku mam pewną "wadę fabryczną" objawiającą się tym, że w chwilach radości dosłownie zaśmiewam się do łez. Tak to już ze mną jest i  jedyną metodą, by sobie z tym poradzić, jest sięganie po odpowiednie kosmetyki.

Co tu dużo mówić, eyeliner Grashki nie spełnił moich oczekiwań. Przede wszystkim jest nietrwały. Namalowana nim kreska już po 2-3 godzinach odbijała się dookoła wewnętrznego kącika oka. Robiła również nieestetyczne kleksy w zewnętrznym kąciku. Nie mówię już o tym co się działo, kiedy podczas napadu śmiechu pociekła mi łza - po prostu puściłam farbę i tyle. Wolałabym również aby jego kolor był głębszy i bardziej intensywny.

Na plus trzeba mu jednak policzyć to, że jest łatwy w obsłudze, precyzyjny, niedrogi i poręczny. Nie farbuje skóry jak przykładowo eyeliner z Marizy (mój prywatny fail wszech czasów). Całkiem możliwe, że osoby, które nie narzekają na łzawienie oczu byłyby z niego zadowolone, jednak ja potrzebuję produktu, którego mogę być pewna w 100%. Z przykrością muszę powiedzieć, że ten mnie rozczarował.


Nie polecam.

poniedziałek, 11 lutego 2013

Satynowe Wrzosy

     Zdarzają się dni, kiedy nasz makijaż musi sprawdzić się w kilku odmiennych sytuacjach. Przykładowo rano idziecie do pracy, a po tych kilku godzinach wybieracie się na imprezę, przyjęcie, czy inne spotkanie. Pomyślałam zatem, że przygotuję taką propozycję, która będzie odpowiednia zarówno za dnia, jak i podczas wieczorowego wyjścia. Przetestowałam go w praktyce i sprawdził się bez zarzutu. Jeśli jesteście zainteresowani jak wykonać taki makijaż, zapraszam dalej.






1. Pokrywam powiekę bazą w liliowym kolorze - tony fioletu przebijające spod cieni będą działać odświeżająco. Na większą część powieki nakładam lekko perłowy srebrny cień. Wewnętrzny i zewnętrzny kącik oka dopełniam bordowym cieniem. Wklepuję go jako "ramę" dla srebra.


2. Aby całość nie była zanadto perłowa sięgam po matowy cień w odcieniu szarego brązu (taupe) i nanoszę go wzdłuż załamania powieki. Matowym beżem rozświetlam łuk brwiowy. Roziskrzoną czernią natomiast akcentuję zewnętrzny kącik oka i załamanie powieki. Nakładam ją oszczędnie i precyzyjnie.



3. Wzdłuż dolnej linii rzęs rysuję kreskę bordową żelową kredką, która zastyga samoistnie kilka sekund po nałożeniu. Rozcieram ją odrobinę małym pędzelkiem. Na zakończenie klasyk, czyli czarny eyeliner wywinięty w zewnętrznym kąciku. Beżowa kreska na linii wodnej. Dokładnie wytuszowane rzęsy. Makijaż oczu jest gotowy!







Pozdrawiam cieplutko :*