niedziela, 20 października 2013

Makijaż: Klasyka inaczej

Hej Misiaki!


     W maju napisałam dla Was recenzję wyjątkowych, papierowych rzęs (dla zainteresowanych - KLIK) . Pamiętam, że padło wówczas wiele głosów na "nie" i poniekąd rozumiem dlaczego - tego typu rzęsiska nie nadają się dla każdego i na każdą okazję. To produkt typowo sesyjny, ewentualnie imprezowy. 




     Pomyślałam więc, że pokażę Wam sam makijaż, jaki wykonałam wówczas jako tło dla prezentacji rzęs. Jego siłą jest prostota i dość klasyczny rysunek oczu i ust. Wygląda przy tym na tyle efektownie, by sprawdzić się w wielu sytuacjach.




     Jak widzicie, połączyłam tu klasykę z nieco "arabskim" kształtem linera na oczach, a aby nie było tak nudno, dodałam na oczach odrobinę pasującego do pomadki koloru. Oto cienie, jakich użyłam:



Zaczynamy!


     Zazwyczaj zaczynam makijaż oczu od podkreślenia brwi i nałożenia bazy na powieki. Tak też było w tym przypadku. Następnie, sięgnęłam po matowy cień w kolorze mojej skóry i nałożyłam go na cały łuk brwiowy.



     Ruchomą część powieki pokryłam cieniem w takim samym kolorze, jednak o perłowej fakturze. Użyłam pojedynczego wypiekanego cienia z Bourjois, który jak na perłę, ma niesamowicie miękką i przyjemną formułę, dzięki czemu mimo perłowego wykończenia nie funduje nam na oczach kuli dyskotekowej.




Odrobina wylądowała również na dolnej powiece. Dzięki temu, że perła znajduje się tylko w wybranych miejscach, oko będzie "łapało" światło w subtelny, lecz efektowny sposób, nie atakując nachalnie drobinkami, czy też przesadnie metaliczną fakturą.




     Eyelinerem w pisaku wyznaczyłam ogólny zarys makijażu. Chciałam osiągnąć nieco "romboidalny" kształt, a że tak było mi wygodniej... Oczywiście jeśli wolicie, możecie od razu pociągnąć pełną kreskę i dopiero na końcu połączyć ją z dolną powieką.





     Jak widzicie, w wewnętrznym kąciku wyciągnęłam linię dość głęboko w dół. Chciałam w ten sposób zmienić odrobinę kształt oka i nadać makijażowi lekko wschodniego charakteru. Również z tego powodu postanowiłam obrysować czernią całe oko. Jeśli macie małe oczy, zrezygnujcie z tego kroku.




     Dla urozmaicenia wymyśliłam sobie akcent kolorystyczny w mojej ulubionej tonacji. Przy pomocy ukośnie ściętego, cienkiego pędzelka domalowałam kreskę powyżej czerni.




     Na tym etapie warto odsunąć się od lustra i ocenić całość pod kątem ewentualnych poprawek. Moje oczy są dość okrągłe, zatem aby nadać im bardziej migdałowy kształt konieczne było przyciemnienie dolnych rzęs i linii wodnej. Jeśli natura obdarzyła Was kocimi oczyma, możecie podarować sobie ten krok. Nie posłuży on również posiadaczkom małych oczu, ponieważ dodatkowo pomniejszy je optycznie.




 Tusz dopełnia całość.




     Ten makijaż aż się prosił o czerwone usta! Było to oczywiste nawet dla mnie, mimo że na co dzień w zasadzie nigdy po ciemne pomadki nie sięgam. 




     Resztę twarzy potraktowałam dość neutralnie, minimalnie konturując, dodając tu i ówdzie nieco rozświetlacza, dopełniając różem w kolorze naturalnego rumieńca. Całość prezentuje się następująco:






Użyte produkty:
Twarz
- Revlon Colorstay #150 Buff
- Bourjois Healthy Mix Correcting Concealer #51
- Sephora Compact Powder Foundation #D20
- IKOS Ziemia Egipska
- Essence Sun Club Highlighter Powder #01 Summer Glow
- Make Up Store Bush Complex #OK1
- Brwi: INGLOT 452 P, INGLOT 358 M
Oczy
- Artdeco Eyeshadow Base
- INGLOT 352 M, Bourjois #08, L’Oreal #S3 Disco Smoking
- Max Factor eye pencil #090 Natural Glaze
- PUPA Multiplay #09
- Grashka eyeliner
- Lovely Curling Pump Up Mascara
Usta
- Maybelline Super Stay 10h Tint Gloss


    
Hmm... odgrzebując tę propozycję nabrałam ochoty do zabawy kolorowymi kreskami na oczach ;) Mam nadzieję, że moja propozycja przypadła Wam do gustu. Pozdrawiam serdecznie i do następnego!

Katalina :*

czwartek, 17 października 2013

Motyla noga... eee, skrzydło...

Hej Misiaki!

     Najwyraźniej upodobałam sobie pisanie o tuszach do rzęs... W ostatnim wpisie omawiałam Glamour Max od Bourjois, zaś tym razem chciałabym wspomnieć o False Lash Wings Butterfly Effect Fibers marki L'oreal. Tusz ten dostałam od Angel, na której nie wywarł przesadnie fantastycznego wrażenia. Spytała, czy mam ochotę się nim pobawić, a że miałam...

Od czego by tu zacząć? Może posłużę się swoją tradycyjną rozpiską.




Dostępność:
Drogerie małe i duże, internet... Gdzie chcecie.

Cena:
W sieci ceny zaczynają się od około 40zł. Patrząc przekrojowo, wychodzi średnio 50zł, czyli nie tak mało.

Pojemność: 
7ml.

Trwałość:
Opakowanie obiecuje pół roku zabawy.



 
Opakowanie:
     Gabarytowo przypomina inne maskary L'oreala. Samo opakowanie jest srebrne, lustrzane, usiane paskami, mającymi jak mniemam symbolizować owe obiecane rzęsy do nieba, tudzież motyle skrzydła. Nie powiem, całkiem przyjemne, choć ścierające się czarne tło spod napisów nie wygląda jakoś specjalnie elegancko.
     Szczoteczka jest bodaj najciekawszym elementem tegoż produktu. Jest niecodzienna, przynajmniej ja nie miałam wcześniej do czynienia z niczym podobnym.




     Jak widzicie, jest jednostronnie wyprofilowana w taki sposób by naturalnie łapać i wyciągać na zewnątrz rzęsy z zewnętrznych kącików oczu. Niby genialne - tak mi się początkowo zdawało - acz w praktyce niejednokrotnie okazywało się, że ten właśnie kształt dość dziwnie oddziaływał na moje rzęsy i ich ułożenie. Sklejał, zbijał je do środka,  albo robił coś a la owadzie nóżki. No bez kitu - butterfly effect!
     Na dowód macie fotkę przedstawiającą jedno z moich pierwszych podejść do wspomnianej maskary:




     Po mojemu, wyszło odrobinę smętnie - zwłaszcza w tym nieszczęsnym zewnętrznym kąciku, który jakoby miał być bajecznie wydłużony i zagęszczony.

Konsystencja:
     W niej upatruję głównego winowajcę. Tusz jest bardzo rzadki, co w połączeniu z taką a nie inną szczoteczką, zamiast budować nam długość i objętość, skleja, zbija w kępki i generalnie nie dodaje uroku... 

Ale, ale! Czemu by nie poeksperymentować? pomyślałam.

     Wtedy właśnie zdecydowałam się dać insektowi pooddychać i zostawiłam go odkręconego na jakąś godzinę. A potem robiłam tak jeszcze ze dwa razy, aby nabrał mocy.

Aplikacja i działanie:
     Okazało się to dobrym posunięciem. Tusz odrobinę zgęstniał, a tym samym zaczął lepiej współpracować z kształtem szczoteczki, jednak w dalszym ciągu nie robił takiego szału, jaki zapowiadał spot reklamowy (niespodzianka).




     Tak, czy inaczej rezultat jaki udało mi się uzyskać był już nieco bliższy akceptowalnemu. Może nie tak dobry, jak w przypadku innych maskar, które lubię, ale na tyle przyzwoity, by móc z czystym sumieniem wyjść rano z domu do pracy. 

     Z moich obserwacji wynika, że "false lash" efektu wspomnianym tuszem raczej nie osiągniemy. Tym bardziej nie "butterfly wings'ów" - co najwyżej "butterfly leggs'y". Fibers? Nie zauważyłam. 




     Tusz ten pozwoli osiągnąć naszym rzęsom raczej dzienny wygląd, bez żadnej konkretnie podrasowanej objętości. Warto też mieć pod ręką jakiś grzebyczek do rozczesywania rzęs - okazuje się nader przydatny. Na załączonych powyżej zdjęciach, jak się domyślacie, nie użyłam go, aby jak najdokładniej zobrazować działanie tuszu bez wspomagania. 
     Na co dzień niestety wymaga ode mnie nieco więcej uwagi niż moje wcześniejsze cacko, jednak jestem w stanie uzyskać nim przyzwoity i zadowalający mnie efekt. Pocieszające jest również to, że w miarę upływu czasu jest coraz mniej kłopotliwy i coraz lepiej współpracuje bez konieczności machania grzebykiem.

     Koniec końców jestem jednak zdania, że maskara wyceniona na pół bańki powinna oferować coś więcej. Tym bardziej, że taki tusz Lovely za niespełna 9-10zł działa u mnie jak marzenie. Cóż, romansu z tego nie będzie.


Miałyście? Próbowałyście? Co sądzicie na jego temat?

Pozdrawiam,
Katalina

sobota, 12 października 2013

Glamour na maxa, czyli rozmiar ma znaczenie!

Hej Misiaki!

     Tusz do rzęs - ważna sprawa! Przynajmniej dla mnie, jako że natura nie była dla mnie w temacie rzęs zbyt łaskawa. Względem tuszy jestem zatem wymagająca i krytyczna, mimo to udało mi się znaleźć kilku naprawdę godnych uwagi przedstawicieli gatunku. 

      Nie będę silić się na suspensowe zagajenia typu "czy omawiany tusz zdobył moje serce?", bo a) uważam je za ździebko głupawe, b) za równie głupawe uważam sformułowanie, że kosmetyk zdobył czyjeś serce... Napiszę zatem, że tusz Volume Glamour MAX od Bourjois to kawał fajnej maskary. Jeśli jesteście ciekawi co takiego mi się w niej podoba, zapraszam do lektury.




     Jest to pierwszy i jak dotąd jedyny tusz marki Bourjois, jakiego próbowałam. Podchodziłam do niego, nie wiedzieć czemu, dość sceptycznie. W dodatku jest to wersja wodoodporna, a po taką formułę sięgam niezmiernie rzadko. Kupiłam gagatka korzystając z majowej promocji w Rossmannie, więc kosztował mnie tylko 29,39zł.




     Wybrałam oczywiście czerń. W przeszłości lubiłam romansować z kolorowymi tuszami, jednak od dłuższego czasu jestem wierna klasyce. Cóż takiego ujęło mnie w burżuju? Szczoteczka, która mimo konkretnego rozmiaru nie utrudnia aplikacji. Jest gęsta, przez co nabiera sporo produktu, a to zazwyczaj niepokoi w przypadku maskar, bo często oznacza posklejane rzęsy. Na szczęście nie w tym przypadku.




     Budowa szczoteczki bardzo ułatwia rozczesywanie rzęs. Owszem, bombardujemy je toną tuszu na raz, ale przy okazji perfekcyjnie je rozdzielamy. Idealne combo. 
     Polubiłam również formułę tuszu. Średniej gęstości krem idealnie współgra ze sporą, gęstą szczoteczką i umożliwia stopniowe budowanie intensywności efektu. Jedna warstwa umożliwi uzyskanie bardzo przyzwoitego, wyrazistego efektu.




     Przy dwóch warstwach rezultat jest już bardziej dramatyczny i taki właśnie mi odpowiada. Tak używałam go najczęściej.




     A żeby udowodnić Wam, że można jeszcze bardziej podkręcić efekt, oto zdjęcie prezentujące trzy warstwy tuszu. Ok, to już definitywnie nie wygląda naturalnie, ale osobiście bardzo podoba mi się efekt sztucznych rzęs bez sztucznych rzęs.




     Na zakończenie jeszcze rzut oka na całą twarz. Zdjęcie zrobiłam w przeddzień postrzyżyn, stąd długie włosy... Ech, tęskno mi trochę za nimi... 




     Z całą pewnością prędzej czy później znów sięgnę po ten tusz. Może niekoniecznie w wersji wodoodpornej, nie mniej jednak teraz gdy go wypróbowałam, wiem że stać go na wiele. Wart jest każdej złotówki.

Serdecznie polecam,
Katalina


niedziela, 6 października 2013

Stemplujemy!

Hej Misiaki!

     Ostatnio na nowo dałam się ponieść paznokciowej fascynacji. Przez długi czas nie zawracałam sobie tym głowy, aż tu nagle naszła mnie ochota na eksperymenty.
     Niedawno pisałam Wam o brokacie. Tym razem będzie o stempelkach. Jak sądzę, większość z Was choć raz słyszała o systemie Konad - od niego wszystko się zaczęło. W tej chwili w sieci można znaleźć całą masę produktów na nim wzorowanych. Sama przetestowałam zarówno oryginał, jak i dwie alternatywy i dzisiaj chciałabym opowiedzieć Wam o jednej z nich.

     Zestaw, który Wam dziś pokażę wybrałam sobie z asortymentu sklepu KKcenterHK. W jego skład wchodzi kanciasta blaszka z dziewięcioma wzorami do stempli SPPMM70 oraz stempel wraz z plastikowym zgarniaczem nadmiaru lakieru JR1140.




Dostępność: 

Cena: 
blaszka - USD$5.05
zestaw do stemplowania -  USD$4.50





Opakowanie:
Blaszka i zastaw do stemplowania przyszły zapakowane w dwie odrębne saszetki strunowe, co w przypadku zestawu ze stemplem jest dość naciąganym wyjściem, ale ujdzie w tłoku.

Działanie:
Jak wspomniałam, miałam już okazję korzystać z kilku rodzajów tego systemu. Zaczęłam od Essence, który po krótkim czasie użytkowania zraził mnie do siebie, więc się go pozbyłam. Po długiej przerwie nabyłam oryginalny system Konad, który oddemonizował mi stemplowe wzory, jednak wciąż zdarzały się momenty kiedy miałam pewne kłopoty z przeniesieniem wzoru z płytki na paznokieć (zapewne kwestia użytych "specjalnych" lakierów). W przypadku zestawu z KKcenterHk poszło gładziutko.




      Jak widzicie, na palcu serdecznym lewej ręki kwiatek wygląda jak "poruszony". To efekt próby połączenia dwóch połówkowych stempli w jeden wzór. Na drugiej dłoni zrezygnowałam już z tego pomysłu. Moje ogólne refleksje są bardzo pozytywne. Fakt faktem, że z początku podchodziłam sceptycznie do konadowej alternatywy mając w pamięci porażkę w wykonaniu Essence, jednak jak się okazało, moje obawy były niepotrzebne. 





     Przede wszystkim bardzo spodobało mi się, że zbieracz lakieru zrobiony jest z plastiku i nie ma wyrzezanych wszystkich tych żłobień, które znajdziemy na konadowskiej żyletce. Nie lubię ich, bo lubi się w nie wdzierać lakier i potem trudno je doczyścić. Tu nie ma tego problemu, podobnie jak odpada irytujące zgrzytanie metalem żyletki o metal talerzyka do stempli. Sam stempel jest ok - nie za twardy, nie za miękki, nie wykazuje tendencji do zbytniego wciskania się w obudowę. Jak dla mnie - wygodny w użyciu.





     Płytka również okazała się celnym strzałem. Od konadowskich różni się jedynie kształtem. Wzorki wyżłobione są bardzo precyzyjnie, fajnie łapią lakier. Tym razem do wykonania zdobienia użyłam zwykłych lakierów, nie zaś tych "profesjonalnych", szybkoschnących i o dziwo efekt był lepszy niż normalnie. To znak na przyszłość :D Wracając do płytki, zawiera ona zestaw wzorków dobrany w taki sposób, że można używać ich pojedynczo, jak również budować na ich podstawie coś na kształt "rodziny wzorków", gdzie każdy z paznokci będzie miał inne zdobienie, a mimo wszystko całość będzie wyglądała jak element spójnej całości. 




     Dla przykładu pokazuję Wam obie opcje. OK, bez przydługich dywagacji dodam celem podsumowania, że cały prezentowany dziś zestaw pozytywnie mnie zaskoczył i przywrócił chęci do eksperymentowania ze zdobieniami. Jak dla mnie świetna sprawa, zatem serdecznie polecam, zwłaszcza tym z Was, którzy chcą zmajstrować coś fajnego na paznokciach, a nie mają przesadnie rozbudowanych zdolności manualnych ;)

Ściskam i pozdrawiam,
Kat :*

Firmoo po raz drugi!

Hej Misiaki!

     Kiedy niedawno dostałam maila z kolejną propozycją ze strony Firmoo ucieszyłam się, ponieważ akurat zastanawiałam się nad nabyciem kolejnej pary okularów.




     Dla formalności przypomnę tylko, że w grudniu zeszłego roku dostałam swoją pierwszą parę okularów z Firmoo KLIK i powiem Wam, że od tamtej pory ani razu ich nie zdradziłam. Jeśli zatem zastanawiacie się nad nabyciem okularów, warto sprawdzić ofertę sklepu, czy to w zakresie okularów korekcyjnych, przeciwsłonecznych, czy też zwykłych - niekorygujących.
     Jeśli macie obawy co do tego, czy dane oprawki będą Wam pasować, możecie skorzystać z tzw. systemu Virtual Try-On, za pośrednictwem którego możecie wgrać swoje zdjęcie i przymierzać wirtualnie dowolną znajdująca się w sklepie parę okularów.
      Warto również wspomnieć o programie First Pair Free, dzięki któremu każdy z Was ma możliwość otrzymać pierwszą parę okularów Firmoo za darmo, pokrywając jedynie koszty przesyłki.

     Tym razem zdecydowałam się na parę #SD2267.



     Okulary otrzymałam w fajnym, trwałym futerale, do tego w komplecie przesłano tradycyjnie miękki woreczek oraz śrubokręt i zapasowe śrubki ot tak na wszelki wypadek.



     Co mogę powiedzieć o samych okularach? Jestem z nich bardzo zadowolona. Są solidnie wykonane, pewnie siedzą na nosie i zapewniają naprawdę wysoki komfort noszenia.




     Podoba mi się to jak wyglądają na mojej twarzy, uważam, że mi pasują i czuję się w nich naprawdę fajnie :). Ja akurat wybrałam okulary korekcyjne, zatem zamawiając podałam wszystkie istotne informacje co do mojej wady wzroku. Rezultat, podobnie jak za pierwszym razem jest świetny. Naprawdę serdecznie wszystkim polecam.




     Na zdjęciach macie możliwość zobaczyć okulary w akcji, a przy okazji - dla tych którzy mimo starań nie byli w stanie wyobrazić sobie do końca mojej nowej fryzurki - kilka dodatkowych ujęć ;)



Pozdrawiam cieplutko,
Kat :*