niedziela, 30 marca 2014

Kolorowy Smok

     Dzisiejszy makijaż z braku lepszego określenia nazwałam "kolorowym smokiem", czyli po prostu makijażem smoky eye w kolorze. Mam nadzieję, że się Wam spodoba, zapraszam dalej.





1. Zaczynam od naniesienia bazy na powieki. W tym przypadku użyłam kremowych cieni: bordowego na ruchomej części, pomarańczowego w załamaniu oraz fioletu przy rzęsach. Roztarłam wszystko małym pędzelkiem typu pencil brush.



2. Na tak przygotowaną powiekę nałożyłam kolejno od zewnętrznego kącika: granat, matową fuksję...



3.  ...chłodny błękit z fioletowymi tonami. Załamanie powieki podkreśliłam bordowym cieniem. Jego górną granicę roztarłam jasną pomarańczą.



4.  Dopełniłam beżem pod łukiem brwiowym. Aby uzyskać morski kolor na dolnej powiece, zaczęłam od czarnej kredki, którą utrwaliłam jasnym, błyszczącym turkusem.



5. W zewnętrznym kąciku dodałam nieco granatowego cienia. Makijaż oczu wykańczam dodając wyrazistą kreskę i tuszując rzęsy. Zdecydowałam się też dodać sztuczne dla wzmocnienia efektu.





Użyte produkty:
Twarz
- Bourjois Healthy Mix
- Sephora Compact Powder Foundation #D20
- Brwi: Rimmel Professional eyebrow pencil #002 Hazel
- Ziemia egipska Ikos
- Róż: Bourjois #33 Lilas D’or
- Rozświetlacz: cień Bourjois #08
Oczy
- Maybelline Master Drama khol liner #Ultra Black
- Maybelline Master Drama khol liner #Deep Purple-Ultra Violet
- Maybelline Color Tattoo #10 Fierce & Tangy
- Maybelline Color Tattoo #30 Pomegranate Punk
- Make Up Store Crazy Lazy Metallic eye pencil
- Cienie Inglot: #450P, #131AMC SHINE, #379M
- Sleek „Monaco”: Midnight Garden, Humming Bird, Magenta Madness
- Cień KOBO #102
- GOSH long lasting eye liner pen #008 Carbon Black
- Bourjois Volume Glamour MAX Waterproof Mascara #51 Noir
- Rzęsy: KkcenterHK ES A500 + klej DUO
Usta
- MAC lipglass #Magnetique



Pozdrawiam serdecznie!
Kat :*


piątek, 14 marca 2014

Klasyk na tapecie: Benefit Porefessional

     Są takie kosmetyki, o których słyszał każdy, lub niemal każdy. Produkty, które po wypuszczeniu na rynek w krótkim czasie zdobyły status kultowych. Powstała na ich temat masa recenzji. Multum ludzi opisało w samych superlatywach ich nieomal magiczne właściwości. 

     Zapoznawszy się z kilkoma, kilkunastoma, kilkudziesięcioma recenzjami takiego produktu, człowiek nabiera ochoty na to, by samemu go przetestować. I zazwyczaj pragnieniu temu towarzyszą wielkie oczekiwania. Rzekłabym gigantyczne. W końcu to kosmetyczna legenda, często kosztowna.




     Baza pod makijaż Porefessional z Benefitu jest sztandarowym przykładem takiego kosmetyku. Nie jestem w stanie zliczyć ile jej recenzji czytałam, bądź oglądałam i dobre 90% z nich (jak nie więcej) przypominało bardziej pieśń pochwalną niż recenzję jako taką. Każda kolejna tylko utwierdzała mnie w przekonaniu, że również chcę ją mieć i samodzielnie przekonać się na co ją stać. Tak się szczęśliwie złożyło, że... wygrałam ją w konkursie/rozdaniu i tym samym mogłam wprowadzić mój plan w życie. A oto co z tego wyszło:

Dostępność: 
Drogerie typu Sephora, sklepy internetowe.

Cena: 
W Sephorze cena regularna wynosi 149zł.

Pojemność: 
22ml

Trwałość:
12 miesięcy




Opakowanie:
Wykonana z dość plastycznego tworzywa, zakręcana tubka. Jak na produkt w niewątpliwie luksusowej cenie, szatą graficzną nie powala na kolana.

Konsystencja:
Baza ta, jak wiele innych, jest silikonowa i śliska w dotyku.


Zapach:
Delikatny, perfumeryjny, bardzo przyjemny.




Aplikacja i działanie:
Jak wspomniałam na początku, miałam wielkie oczekiwania w stosunku do tej bazy. Po wszystkich ochach i achach, jakie usłyszałam, spodziewałam się czegoś fantastycznego. W praktyce okazało się, że to po prostu kolejna silikonowa baza pod makijaż. 

W recenzjach czytałam/słyszałam, że Porefessional kompletnie wyrównuje fakturę skóry, sprawiając że pory stają się niewidoczne. W moim przypadku nic takiego nie miało miejsca. Stosuję tą bazę od kilku miesięcy, miałam zatem okazję obserwować jej działanie w cieple, chłodzie i okresie przejściowym. Stosowałam ją na całą twarz, jak i na wybrane jej partie. Nakładałam rozmaitymi technikami... Efekt zawsze był ten sam, czyli wizualnie żaden - wyglądałam identycznie jak wtedy gdy nie nakładałam pod podkład żadnej bazy. Pokusiłam się nawet o eksperyment, to znaczy nałożyłam bazę tylko na połowę twarzy, po czym sięgnęłam po podkład i wykonałam swój typowy makijaż. Rezultat był taki, że obie połowy mojej twarzy wyglądały dokładnie tak samo. Pory skóry były jednakowo widoczne. Baza nie miała większego wpływu na trwałość makijażu. Jedyna różnica jaką zaobserwowałam to to, że po jej nałożeniu skóra nabierała poślizgu i stawała się gładsza w dotyku, jednak to normalne w przypadku silikonowych baz. W pewnym minimalnym zakresie wyrównuje też koloryt cery, ponieważ ma delikatnie beżowy odcień, aczkolwiek jest to bardzo subtelna, trudna do wychwycenia gołym okiem różnica.

Mówiąc krótko i na temat, na pierwszy rzut oka nie zaobserwowałam u siebie żadnych różnic w wyglądzie i trwałości makijażu niezależnie od tego czy użyłam danego dnia Porefessional czy nie. Mam natomiast wrażenie że wykazuje tendencję do wysuszania cery, jak również do jej zapychania.



 
Czy żałuję swojej przygody z Porefessional?
Bynajmniej. Cieszę się, że miałam okazję sobie poużywać, bo dzięki temu zakosztowałam jednego ze swoich "chciejstw" i przekonałam się, że to nie produkt dla mnie.

Czy wrócę do niego w przyszłości?
Nie, ponieważ wyznaję zasadę, że im mniej warstw kosmetyków nakładam na twarz, tym skóra jest mi bardziej wdzięczna. Tym bardziej, że nie widzę wymiernych efektów stosowania tej bazy.


      Patrząc przekrojowo na reakcję mojej skóry na rozmaite produkty, nabieram przekonania, że albo potrzeba mi naprawdę ciężkiej kosmetycznej artylerii, albo zwyczajnie mam pecha, bo niestety sporo kosmetyków kompletnie nie zdaje u mnie egzaminu... Cóż, peszek.

Mimo wszystko pozdrawiam Was serdecznie i do usłyszenia niebawem!



niedziela, 9 marca 2014

Rimmel Bublé

Cześć Wszystkim!

     Patrzę za okno, a tam wiosna w pełnym przed-rozkwicie ㋡ Radość moja nie zna granic, bo oto nadchodzi moja ulubiona pora roku! Ale żeby nie było tak optymistycznie, będzie o produkcie, którego użyłam jeden raz. JEDEN. I mimo to mam 100% pewność że nigdy więcej po niego nie sięgnę. Dlaczego? Bo nawalił na całej linii.




     Seria Scandaleyes marki Rimmel co chwila rozrasta się, prezentując kolejny produkt. Jedną z ostatnich nowości jest rzekomo świetny, rzekomo wodoodporny, rzekomo super wygodny eyeliner w pisaku. Scandaleyes Thick & Thin Eyeliner zapowiadał się ciekawie, bo kształt rysika z zasady zapewniać miał większą kontrolę nad linią, jej kształtem i grubością. No i obietnica wodoodporności. Dla mnie słowo-klucz w temacie eyelinerów jako takich.





Dostępność: 
Produkt ogólnodostępny.

Cena: 
W Rossmannie 23,99zł

Pojemność: 
0,0367fl oz / 1,1ml
Trwałość:
12 miesięcy
Opakowanie:
Typowe dla flamastrów do oczu. Czarny pisak, białe napisy. Nie wyróżnia się niczym szczególnym.

Zapach:
Przypomina bardzo zwietrzałą wersję zapachu jaki towarzyszy grubym flamastrom szkolnym, które pamiętam z czasów podstawówki.





Aplikacja i działanie:
Co mogę powiedzieć? Końcówka w zasadzie jest dość wygodna. Może być początkowo kłopotliwa dla tych osób, które nie mają wprawy w robieniu kresek. Osoba choćby średnio-zaawansowana powinna poradzić sobie bez większych trudności. Czy rysowanie kresek jest w tym przypadku wygodniejsze niż przy użyciu pisaka o tradycyjnym rysiku? Nie sądzę. Mi osobiście wygodniej się korzysta z klasycznej końcówki.

Mój główny zarzut to trwałość tego czegoś. Na opakowaniu jest jak byk napisane "wodoodporny", tymczasem wystarczy podstawić rękę pod strumień bieżącej wody a krecha zaczyna spływać. Jaki jest efekt na oczach? Kleksy. Wielkie, czarne, ohydne kleksy! Użyłam tego linera pewnego dnia do pracy. W pewnym momencie poszłam do toalety, spojrzałam w lustro a tam... niespodzianka! Wkurzyłam się nieziemsko i z miejsca zaczęłam zmywać to cholerstwo z twarzy. Gorszy w moim przypadku okazał się chyba tylko liner z Marizy, który oprócz robienia kleksów w bonusie farbował skórę.

Nie wiem jak to coś zachowuje się u innych, jednak u mnie poległ. Jestem rozczarowana. Obietnicę wodoodporności można włożyć między bajki (by nie ująć tego dosadniej). Dobrze chociaż, że nie zbankrutowałam od tego zakupu.




Czy kupię ponownie:
Nie! Jak dla mnie ten produkt nie jest wart złamanego grosza.


     I w tym miejscu muszę zadać to pytanie: czy ktoś spośród Was zna naprawdę, ale to NAPRAWDĘ wodoodporny eyeliner? Bo sprawdziłam już niemal wszystko i każdy jeden dziad w mniejszym lub większym stopniu spływa mi z oczu. Nawet Inglot (podejrzewam, że ktoś majstrował przy formule, bo kiedyś był on nie do zdarcia), nawet Fluidline od MACa, czy Eyestudio Lasting Drama od Maybelline. Tracę nadzieję na znalezienie tego jednego jedynego wodoodpornego eyelinera...

Pozdrawiam serdecznie,
Kat :*


niedziela, 2 marca 2014

Obiecanki cacanki...

Hej Wszystkim!

     Jak pewnie zauważyliście, rzadko pojawiają się na łamach mojego bloga wpisy, których bohaterami są kosmetyki stricte pielęgnacyjne. Powody takiego stanu rzeczy są dwa. Po pierwsze, zazwyczaj trzeba więcej niż jedno opakowanie danego specyfiku, aby móc w pełni zweryfikować to jaki wpływ wywiera on na naszą skórę. To nie kolorówka, gdzie na dobrą sprawę wystarczy kilka odpowiednio przygotowanych "testów ekstremalnych", by zbadać jak co działa. Z resztą, czasem nawet długotrwałe testy nie pozwalają uzyskać pełnego obrazu sytuacji. Druga sprawa to fakt, że każdy człowiek jest inny i jego skóra ma własne, często skrajnie odmienne potrzeby i wymagania, w porównaniu z osobą tworzącą recenzję. Stąd też czasem okazuje się, że produkt, którym jeden "ktoś" się zachwyca, u innego "ktosia" spowoduje pełne niedowierzania uniesienie brwi i zdawkowe "I co? To tylko tyle?!". 
     I tak właśnie jest w tym konkretnym przypadku.




     Po ARGILE PROVENCE Serum HD Dermo Relaxing z ekstraktem z Hibiskusa sięgnęłam po przeczytaniu bardzo, ale to bardzo pozytywnej recenzji na jednym z blogów. Autorka wychwalała wspomniane serum pod niebiosa, zachwycając się jego jakoby fantastycznymi właściwościami pielęgnująco-odmładzającymi. W efekcie sama zdecydowałam się na zakup. 

     Kupiłam, użyłam i co? I nic. Nie zdarzyło się zupełnie, ale to ZUPEŁNIE nic. Produkt, o którym czytałam jaki to jest fantastyczny i wspaniały nie zrobił z moją skórą absolutnie niczego, mimo długich miesięcy stosowania. Ale po kolei.




Producent obiecuje:
Wyciag z Hibiskusa redukuje zmarszczki mimiczne poprzez połączenie dwóch działań: zmniejszenie skurczy komórek mięśniowych, które powodują powstawanie zmarszczek i ochrony skóry przed działaniem wolnych rodników odpowiedzialnych za starzenie się skóry.

Jest to naturalne rozwiązanie, aby utrzymać młody wygląd skóry jak najdłużej. Od pierwszej aplikacji, odczuwamy działanie serum na skórze.

Serum Dermo Relaxing jest ukierunkowany na walkę przeciw zmarszczkom mimicznym, stąd zaleca się stosowanie go przed aplikacją kremu.

Dostępność: 
Sklepy internetowe. Swoje serum kupiłam TU.

Cena: 
Niemała, bo 56zł

Pojemność: 
Spora, bo aż 30ml / 1fl.oz.

Trwałość:
Niska, bo tylko 6 miesięcy, jednak to normalne, ponieważ mamy do czynienia z produktem w 100% naturalnym.

Opakowanie:
Wizualnie całkiem przyjemne i dość neutralne. Szklany słoiczek z zatyczką z mlecznego plastiku. Wielki plus za pompkę, dzięki której aplikacja jest wygodna i higieniczna. Mam jednak jedną uwagę do gabarytów opakowania. Zwykłam przechowywać swoje kosmetyki w szufladkach, gdzie są ukryte przed słońcem oraz nie narzucają się oczom ze swoją "kosmetyczną nachalnością" ;) Niestety serum jest dość wysokie, przez co nie mieściło się w szufladce. Jasne, mogłam je położyć i tak właśnie robiłam, ale... irytowało mnie to. Tak, czepiam się, trudno się mówi.




Konsystencja:
Płynno-żelowa. 

Zapach:
Bardzo przyjemny, lekki, kwiatowy.

Aplikacja i działanie:
     I teraz poleje się krew ;). Zacznę lekko, od pompki. Nie zacina się, dozuje w większości przypadków odpowiednią ilość produktu. Czasami zdarzały się odstępstwa od reguły, ale nie było to nic uciążliwego. Sama aplikacja przebiegała bez większych problemów. Produkt jest lekki, więc naniesienie takiego płynnego żelu w strategiczne miejsca nie nastręcza trudności, z resztą serum raz naniesione na skórę szybko wysycha.
     Gdy już wyschnie, odczuć się daje to, o czym można przeczytać w obietnicach producenta, mianowicie pewne ściągnięcie skóry w miejscach, w których naniosło się produkt. Jednak w moim przypadku nie jest to owo magiczne prasowanie skóry, o którym czytałam w nadmienionej na początku recenzji, a zwyczajne uczucie ściągnięcia, które zazwyczaj towarzyszy zastosowaniu niewystarczająco pielęgnującego i nawilżającego skórę kremu.
     Dodatkową rzeczą, o której chcę wspomnieć jest alkohol w składzie. Owszem, naturalny, ale jednak. Nakładając produkt w okolice oczu, domyśliłabym się co zawiera nawet gdybym nie była tego świadoma - uczucie "dymku alkoholowego" idącego w oczy nie jest może bardzo uciążliwe, ale nie jest też przyjemne.
     Wreszcie najważniejsza sprawa, mianowicie działanie przeciwzmarszczkowe. Powiem szczerze, że pomijając to uczucie ściągnięcia trwające jakieś pół godziny po aplikacji serum, nie odczułam ani nie zaobserwowałam jakiejkolwiek zmiany na plus. Jakiejkolwiek. Stosowałam serum regularnie, zgodnie z zaleceniami, czasem eksperymentując z kremem, którego używałam niezależnie od reszty specyfików i to właśnie ów krem spowodował u mnie największą poprawę. Co zaś się tyczy serum, nie przysłużyło mi się jakkolwiek. Nie poprawiło stanu mojej skóry w żadnej mierze. W moim przypadku był to jeden z tych kosmetyków, których równie dobrze mogłabym nie używać, bo efekt byłby ten sam, czyli żaden.


    

Skład:


Aqua - woda, rozpuszczalnik.

Ribes Nigrum (Black currant) Flower Extract* - wyciąg z owoców czarnej porzeczki, jest bogaty w witaminy C, P, A, biotynę, kwas foliowy oraz witaminy z grupy B. Zawiera spore ilości takich soli mineralnych jak potas, sód, wapń, fosfor i magnez. Wykazuje działanie antybakteryjne, dezynfekujące i przeciwzmarszczkowe. Zalecany przy cerze tłustej, trądzikowej, mieszanej, z trądzikiem różowatym, naczyniowej i dojrzałej.

Alcohol* -  konserwant, otrzymywany z roślin, np. z buraków cukrowych; naturalny składnik wielu ekstraktów, działa dezynfekująco.

Hydrolyzed Hibiscus Esculentus Extract - wyciąg z hydrolizatu hibiskusa. Wygładza zmarszczki mimiczne poprzez zmniejszenie skurczy komórek mięśniowych, które powodują powstawanie zmarszczek i ochronę skóry przed działaniem wolnych rodników odpowiedzialnych za starzenie się skóry.

Dextrin - substancja pochodzenia roślinnego; Produkt częściowego rozkładu skrobi odpowiedzialny za regulację lepkości produktu. Przyśpiesza gojenie skóry.

Xanthan Gum -  guma ksantanowa – stabilizuje emulsje, zagęszcza kosmetyk, posiada właściwości żelujące. Otrzymywana metodami biotechnologicznymi przy udziale bakterii. Jest dobrze tolerowana przez skórę.

Parfum - substancja zapachowa.

Rosa Moschata (Musk rose) Seed Oil* - chilijska róża rdzawa zwana piżmową. Umożliwia zachowanie zdrowej i odpowiednio nawilżonej skóry dzięki nienasyconym kwasom tłuszczowym. Wykazuje intensywne właściwości regenerujące i kondycjonujące. Zalecany w pielęgnacji przeciwzmarszczkowej, odpowiedni dla cer suchych, zniszczonych, dojrzałych, naczynkowych i wrażliwych. Przyśpiesza gojenie, redukuje blizny pourazowe, potrądzikowe i rozstępy.

Citronellol - składnik kompozycji zapachowej. Wyciąg z naturalnych olejków eterycznych.

Geraniol - składnik kompozycji zapachowej. Wyciąg z naturalnych olejków eterycznych.

D-Limonene - składnik kompozycji zapachowej. Zapach skórki cytrynowej.

Linalol - składnik kompozycji zapachowej (woń konwaliowa). Wyciąg z naturalnych olejków eterycznych.



Czy kupię ponownie:
Nie. Nie mam zamiaru po raz kolejny wyrzucać pieniędzy w błoto.

 
     Przygodę z Serum HD kończę i nie planuję powtórki.

Pozdrawiam,
Katalina


sobota, 1 marca 2014

Różowy przyjemniaczek

     Tym razem chcę się z Wami podzielić swoimi spostrzeżeniami na temat ostatniej posiadanej przeze mnie jumbo-kredki do ust, Catrice Pure Shine Colour Lip Balm. Z tego co wiem, jest ona znana i lubiana przez wiele dziewczyn i jestem w stanie zrozumieć dlaczego.

     


Dostępność: 
Drogerie Natura.

Cena: 
Zapłaciłam za nią 18,99zł





Pojemność:
2,5g/0,08oz.

Trwałość:
36 miesięcy - to jest konkret! Brawo, Catrice ㋡

Opakowanie:
Jak zwykle, mamy do czynienia grubaśną kredką, którą można wykręcać, dzięki czemu aplikacja kosmetyku staje się wygodna i przyjemna. Główna część opakowania pasuje kolorystycznie do zawartości, zaś skuwka i "pokrętło" są srebrne, podobnie jak napisy (które tradycyjnie już, ścierają się dość szybko).

Mój kolor to# 030 Don't Think Just Pink



Konsystencja/formuła:
Najbardziej klasycznie-szminkowa spośród wszystkich kredek, jakie posiadam. Tak jak Bourjois miały nieco żelowy charakter i dawały dużo soczystego połysku, a Astor rzeczywiście miały w sobie coś z masełka do ust, tak kredka z Catrice jest nieco bardziej zwarta i mniej "maślana". Nałożona na usta wygląda jak typowa szminka o właściwościach nawilżających. Wbrew nazwie i obietnicom, nie daje bardzo połyskującego wykończenia.

Zapach:
Lekko waniliowy.




Aplikacja i działanie:
Ameryki nie odkryję - wykręcamy i nakładamy to to jak każdy inny pomadko-podobny produkt. Rozprowadza się dobrze i wygodnie, na ustach utrzymuje się dość długo - nigdy nie monitoruję dokładnego czasu, bo z pomadkami u mnie jest każdego dnia inaczej, z resztą jeść i pić też trzeba ㋡ W noszeniu Catrice jest bardzo przyjemna. Zapewnia ustom optymalne nawilżenie, daje uczucie miękkości i gładkości, zwłaszcza gdy ogrzeje się odrobinę i bardziej "stopi" ze skórą. Ściera się równomiernie, nie migruje poza linię ust, nie podkreśla skórek. Dla mnie, jako osoby ze skłonnością do przesuszonych i spierzchniętych ust jest to kosmetyk zdecydowanie wart uwagi!

Czy kupię ponownie:
Całkiem możliwe.
Choć Astor wciąż jest moim nr 1. ㋡


Pozdrawiam,
Katalina :*